|
Archiwum:
2010 Styczeń Luty Marzec Kwiecień Maj Czerwiec Lipiec Sierpień

Linki:
Księga gości
+ Dodaj wpis

Odwiedzin: 2754
|
reklama | klaszkie | 2010-08-30 | 19:58:15 |
Tutaj wpisz treść swojego wpisu. skomentuj | (0)
10 powodów, żeby się wybrać do Szkocji (w kolejności przypadkowej) | klaszkie | 2010-08-30 | 19:58:07 |
10. widok z Prince's Street na starówkę w Edynburgu W pochmurny poranek te wysokie, wąskie, ciasno upakowane wzdłuż Royal Mile kamieniczki z piaskowca wyglądają jak scenografia z posępnej arturiańskiej legendy, ale w popołudniowym słońcu nabierają ciepłej, słodkiej barwy wrzosowego miodu 9. piwo Abbot's Ale Żaden gazowany, przemysłowy sikacz nie może się równać z tym szlachetnym, niepasteryzowanym trunkiem o kolorze herbaty 8. Cullen Skink Pyszna zupa z łupacza (rodzaj dorsza), kartofli i cebuli 7. Haggis, Nips and Tatties Haggis to szkocki wariant kaszanki, czyli owczy żołądek napchany owsem, podawany z gotowaną rzepą (turnip) i puree z ziemniaków - wiem, że brzmi ohydnie, ale to naprawdę jest pyszne! 6. Tattie Scones Pocięte w trójkąty naleśniki z ciasta kartoflanego (smakują jak kopytka) 5. zieleń trawy Jeśli nie byliście w Szkocji, nie macie pojęcia, jak soczyście zielona może być trawa 4. niesamowicie życzliwi i ciepli ludzie 3. dziesięcioletnia whisky single malt Ben Riach ze Speyside 2. uśmiech barmana w pubie „Black Rose" na Rose Street w Edynburgu Brak mi słów, żeby opisać to niesłychane zjawisko... 1. faceci, faceci, faceci! Przeciętny polski mężczyzna ma się tak do przeciętnego Szkota jak rozgotowana parówka do jędrnego, chrupkiego, mocno uwędzonego kabanosa.
skomentuj | (3)
wakacje | klaszkie | 2010-08-25 | 21:19:10 |
PS. Nie biorę komputera do Szkocji, ani później na Santorini, więc do 6 września ogłaszam wakacyjną przerwę na WAW7RANO. skomentuj | (0)
alpinistka mimo woli | klaszkie | 2010-08-25 | 21:15:32 |
Ze wszystkich sportów, których nie cierpię, najbardziej wstrętna mi jest wspinaczka. Wchodzenie na górę tylko po to, żeby później z niej zejść wydaje mi się kompletnie nonsensownym sposobem spędzania czasu. Pech, bo od tygodnia mam remont windy, a mieszkam na siódmym piętrze. Pierwszego dnia musiałam pokonać te siedem pięter cztery razy, niestety. Cztery razy siedem = dwadzieścia osiem, czyli tylko tego pierwszego dnia wspięłam się na Pałac Kultury. Teraz jestem mądrzejsza, i planuję różne rzeczy tak, żeby załatwić jak najwięcej za jednym zejściem. Poza tym testuję różne techniki wspinaczkowe. Na początku wypróbowałam metodę „na ambitnego wyczynowca" - na parterze brałam rozbieg i nonszalancko, jak gdyby nigdy nic, wbiegałam lekko po schodach jak najszybciej, jak najwyżej. Motylem jestem, cóż to dla mnie siódme piętro, wielkie mi ci. Krótko mówiąc, udawałam, że problemu nie ma i miałam nadzieję, że zniknie. Kończyło sie to ostrą zadyszką gdzieś między drugim a trzecim piętrem, częstoskurczem i sapaniem przez dobrych parę minut przed kolejnym zrywem, który wnosił mnie już tylko o półtora piętra, a potem to już było rozpaczliwe wczołgiwanie się na kolejne trzy piętra z poczuciem kompletnej porażki. Docierałam do domu skonana, zasapana i spocona jak wieprz. Wczoraj przetestowałam metodę „na staruszkę" - pomalutku, człapu człap, noga za nogą, żadnych gwałtownych zrywów, wzrok tępo wbity w podłogę. Tempo nieoszałamiające, ale równe. Powoli ale w górę, ze świadomością własnej słabości, ale i z niezmordowaną wytrwałością wołu. Nauczyłam sie szanować moje Kilimandżaro. Może i faktycznie góry czegoś uczą...
skomentuj | (0)
tajemniczy wirus | klaszkie | 2010-08-24 | 09:20:05 |
Obudziłam się wczoraj niewyspana i w złym humorze. Nie poprawiło mi humoru megaupierdliwe i gówno płatne tłumaczenie dla Komisji Europejskiej. Ani czekanie na kuriera, który przyniesie mi w końcu Kremową Dżunglę i Zanzibar - który, nawiasem mówiąc, okazał się bardzo jaskrawo zielony. Dopiero kiedy stchórzyłam i nie poszłam do dentysty na czternastą, poczułam się zdecydowanie lepiej. Chyba podskórnie bałam się tej wizyty od samego rana. Ale czy można się dziwić? Mój dentysta miał się nazywać doktor Niemiec - od razu przypomniał mi się biedny Dustin Hoffman w „Maratończyku", któremu hitlerowski dentysta rozborowuje po kolei wszystkie zęby, żeby wyciągnąć od niego informacje, których nieszczęsny Dustin, o ile pamiętam, w ogóle nie posiadał, więc nie mógł ich wyznać i tym samym oszczędzić sobie dalszego borowania. Co za koszmar! Tak czy owak, po wymiganiu się od tortur u dentysty-sadysty stwierdziłam, że nie ma sensu torturować się samemu dalszym zmaganiem z sennością i raportem o dokonaniach Europejskiej Sieci Migracyjnej, i udałam się na drzemkę. Obudziłam sie niestety równie niewyspana jak przedtem, i na dodatek z migreną. Boję się, że złapałam tajemniczego wirusa od pani Niny, naszej administratorki, którą jakiś czas temu powaliła niezdiagnozowana do dziś choroba. Która na szczęście po jakimś czasie jej przeszła, więc chyba nie jest śmiertelna. Możliwe też, że przeziębiłam się od klimatyzacji w samochodzie, która ku mojemu zdumieniu okazała się jednak działać. I to bardzo dobrze. A może przeforsowałam się wchodzeniem kilka razy dziennie po schodach na siódme piętro (winda jest w remoncie, do końca września). Albo też po prostu jest to błagalne wołanie mojego przemęczonego organizmu „Jedźmy już na ten urlop!" To już niedługo, powtarzam mu. Jeszcze tylko dwa dni - w czwartek zabieram cię weekend do Szkocji, a po powrocie stamtąd - na tydzień na Santorini. A jeśli tajemnicza choroba pani Niny faktycznie mnie powali, i zamiast odpoczywać będę chorować? Lepiej skoczę po aspirynę, i na wszelki wypadek zapakuję się z powrotem do łóżka.
skomentuj | (0)
arogancki buc | klaszkie | 2010-08-23 | 12:10:37 |
Miałam w czwartek dyżur w biurze, kiedy zadzwonił jakiś arogancki buc, prosto po szkoleniu z agresywnych technik sprzedaży. Wyniosłym głosem zażyczył sobie, żeby go połączyć z prezesem. Otóż w naszej spółce nie ma prezesa - jest ośmioro wspólników (siedem babek i jeden facet), z czego trójka jest w zarządzie. Uważam, że nie mam obowiązku tłumaczyć zawiłości naszej struktury korporacyjnej każdemu palantowi, który chce nam sprzedać coś, czego na pewno nie potrzebujemy. Jak go to ciekawi, niech sobie sprawdzi w KRS-ie. Zapytałam więc buca tylko o czym chciałby rozmawiać z naszym prezesem. Wyraźnie zniecierpliwiony wyjaśnił, że o zmianach w prawie dotyczących odpowiedzialności członków zarządu za spółkę. Odpowiedziałam, że nasz prezes na pewno wie o tych zmianach, dziękuję, do widzenia, i odłożyłam słuchawkę. Buc nie poddał się. Zadzwonił znowu. Postanowiłam go przeczekać i nie odebrałam telefonu. Wytrwały debil nie popuścił - zadzwonił po raz trzeci, więc tym razem znowu odebrałam. Buc nadal życzył sobie rozmawiać z naszym prezesem. Powiedziałam mu, że nie mamy prezesa. „Jak to nie macie prezesa!" oburzył sie buc. „W spółce z o.o. żeby nie było prezesa, któż to widział?". Wyjaśniłam, że mamy wspólników i zarząd, i czy chce rozmawiać z kimś ze wspólników? Chciał. „To właśnie pan rozmawia", wyjaśniłam, przypuszczam że na tym etapie głosem już dość jadowitym i ociekającym zimnym sarkazmem (mam taki, po mamusi). „Słucham pana". „Z panią to ja nie będę rozmawiał", powiedział obrażony buc. „W takim razie do widzenia", pożegnałam się i trzasnęłam słuchawką. Co nie było wcale łatwe, bo trzeba wcelować w tę całą stację, ładowarkę, czy jak to się nazywa. Piszę o tym bucu, bo okropnie mnie wkurzył tym swoim przekonaniem, że kobieta, która odbiera telefon w biurze, jest zapewne co najwyżej sekretarką jakiegoś prezesa, oczywiście mężczyzny. Że może być wspólniczką, na dodatek firmy, w której kobiety stanowią zdecydowaną większość właścicieli (siedem do jednego), nie przyszło zakutemu łbu do głowy. Był arogancki, chociaż to on dzwonił do mnie, a nie ja do niego, to on miał interes do mnie, a nie ja do niego, więc miał psi obowiązek zachowywać się uprzejmie - nawet jeśli ja nie byłam. Tymczasem on potraktował mnie z góry tylko dlatego, że jestem kobietą, więc uznał, że nie mogę pełnić żadnej ważnej funkcji w spółce z o.o. i że może sobie pozwolić na lekceważące zachowanie. Najbardziej jednak wkurza mnie co innego: że gdzieś tam w środku siedzi we mnie mała dziewczynka, która okropnie się wstydzi, że była taka niegrzeczna, i boi się, że teraz musi ją za to spotkać surowa kara. I myśli sobie, że trzeba było grać w grę pana buca, który przecież jest dorosły. A ona nie. I jak mam ją przekonać, że nie musimy być grzeczne wobec niegrzecznych dorosłych?
skomentuj | (1)
obrus w żaby | klaszkie | 2010-08-20 | 16:44:52 |
Uszyłam sobie wczoraj wieczorem obrus z obłędnego materiału zamówionego z Volksfaden - w różowe żaby skaczące po zielonych liściach lilii wodnych. Niektóre żaby właśnie skaczą, inne siedzą na liściu obok pod białożółtą lilią i patrzą na niebieską ważkę, która przelatuje obok, a jeszcze inne właśnie łapią taką ważkę na swój długi i cienki jęzorek. Liście są niedosłowne - wyglądają jak fantazyjne zielono-różowe kijanki, albo plemniki, krótko mówiąc jest to wzór typu paisley (http://en.wikipedia.org/wiki/Paisley_(design)). Deseń jest gęsty, żaby - niewielkie, i w pierwszej chwili można ich nie zauważyć. Najbardziej rzucają sie bowiem w oczy te zielone ni to liście, ni to kijanki, ni to plemniki. Krótkowidze mogliby więc wziąć ten obrus za zwykły obrus w dość opatrzony i oklepany wzór. Wystarczy jednak przyjrzeć się dokładniej, żeby dostrzec te absurdalne różowe żaby, skaczące we wszystkie strony. A potem zauważyć, że niektóre żaby siedzą. A inne łapią właśnie muszkę - i tak, zgoła nieoczekiwanie, idylliczna bajka zamienia się w mroczny thriller. Przy okazji dowiedziałam sie w końcu, gdzie przepadły Jungle Cream i Zanzibar, na które czekam już prawie trzy tygodnie - debile z DHL pomylili dwójkę z siódemką i od dziesięciu dni próbują dostarczyć moje przyszłe zasłony sąsiadowi (albo sąsiadce) spod 67. Ciekawe, jak długo zamierzali tak próbować...
skomentuj | (0)
jeszcze trochę wieści z odległej galaktyki | klaszkie | 2010-08-19 | 11:05:02 |
Oj, pojeździłam sobie wczoraj na biednym panu Prokopiuku. Mam nadzieję, że ten pan nie czyta mojego bloga - byłoby mu przykro pewnie, że zaatakowałam go personalnie (co jest faktycznie może trochę niskie), a nie samo zjawisko, którego jego tekst jest przykładem (miałkość intelektualna wielu prac rzekomo naukowych, maskowana stosowaniem wydumanego, hermetycznego słownictwa). Jednak nie wszystkie teksty w omawianej przeze mnie książce są równie słabe. Drugi z kolei jest porządnie opracowanym przeglądem aktywności fanowskiej i jej form, z którego wprawdzie nie dowiedziałam się nic nowego, ale też autor nie silił się na jakąś bardzo odkrywczą naukowość, tylko rzetelnie przedstawił uporządkowany opis pewnego wycinka rzeczywistości. Trzeci tekst jest za to bardzo ciekawy - autor stawia w nim tezę, że zakon Jedi kieruje się etosem wcale nie rycerskim - choć jego członkowie każą się nazywać rycerzami - ale biurokratycznym. Całe wręcz szkolenie na rycerza Jedi polega na wykorzenianiu z adepta zachowań rycerskich (czyli motywowanych lojalnością wobec konkretnej osoby - seniora, rodziny, przyjaciół) i wpojeniu mu zachowań biurokratycznych (lojalności wobec instytucji i procedur - senatu, republiki, demokracji). W tej interpretacji jedyną postacią prawdziwie rycerską, i to od początku do końca, jest Anakin Skywalker, czyli lord Vader, podczas gdy Yoda i spółka okazują się bezdusznymi biurokratami. Trochę mi to przypomina tę przewrotną rosyjską wersję „Władcy pierścieni", w której Sauron i Saruman są rzecznikami i promotorami postępu technologicznego, zaś elfy i czarodzieje - beznadziejnymi wstecznikami, zapatrzonymi w przeszłość konserwatystami odmawiającymi ludziom dostępu do technologii, żeby zachować własną przewagę i władze nad nimi.
skomentuj | (0)
Dawno temu w Galaktyce Popularnej | klaszkie | 2010-08-18 | 19:19:48 |
Bardzo dziękuję Społeczności WAW7RANO na zwrócenie mi uwagi na tę arcyciekawą pozycję, którą miły pan kurier wniósł mi wczoraj na siódme piętro (bez windy, bo jest w remoncie). Czym prędzej rzuciłam wszystko i oddałam się lekturze pierwszego z artykułów zebranych w tej książce. Moj pierwszy wniosek jest taki: niejaki Prokopiuk Jerzy musi być wyjątkowo nieurodziwym pokurczem, nadzwyczaj podle wyposażonym przez naturę. Któż bowiem inny odczuwałby potrzebę popisywania się publicznym użyciem na piśmie sformułowań w rodzaju: „gnoseologiczna osnowa mitu", „przenikanie transcendentnego sacrum w immanencję bytu", „w parentezie zauważmy" czy „wszakże Byt Najwyższy w Gwiezdnych wojnach jeśli nawet jest bóstwem monoteistycznym w swej transcendencji, to w swym immanentnym wcieleniu ma charakter zdecydowanie dualistyczny" (chodzi chyba o to, że Moc ma ciemną i jasną stronę). Brak pewności siebie i ewidentnie zaniżone poczucie własnej wartości - wywołane, jak się domyślam, świadomością fizycznej szpetoty, przejawia się także w podpieraniu się odwołaniami do Junga i Rudolfa Steinera, encyklopedii PWN i kogo tam jeszcze. Jestem zwolenniczką poglądu, że sprawy naprawdę ważne i prawdziwe udaje się wyrazić językiem zrozumiałym dla pięciolatka. Jeśli się nie udaje, to albo autor wypowiedzi danego zagadnienia do końca nie zrozumiał, albo mamy do czynienia z dętym bełkotem, pod którym skrywa się zwykły brak sensu. Po to mamy metafory, porównania i analogie, żeby pojęcia i koncepcje nowe i trudne wyrazić w sposób zrozumiały i przyswajalny. Jeżeli by więc pan Prokopiuk miał nam naprawdę do zakomunikowania jakąś myśl nowatorską i odkrywczą, posłużyłby się tymi właśnie środkami wyrazu, by się nią z nami podzielić, zamiast konstruować misterne serie abstrakcyjnych rzeczowników o niejasnym znaczeniu - ale „szlachetnym", bo łacińskim (więc dla większości niezrozumiałym) rdzeniu. Poza tym, jeśli ktoś o przedmiocie swojej analizy mówi tak: „pomińmy litościwie wszystkie jego formalne niedociągnięcia i błędy", to nieodmiennie rodzi się we mnie pytanie: Po co, baranie jeden, zabrałeś się za tę robotę? Wydaje mi się, że mamy w Polsce wolność badań naukowych, w tym literackim, i nikt nikomu się nie każe zajmować analizą akurat Gwiezdnych Wojen. Nie podoba się? Gardzisz popkulturą? To dłub dalej w jakiś hermetycznych dyrdymałach, których nie czyta nikt normalny poza garstką podobnych do ciebie frustratów, a arcydzieła popkultury zostaw jej znawcom i wielbicielom.
skomentuj | (0)
o słowotwórstwie | klaszkie | 2010-08-17 | 11:55:06 |
W robocie luzik. Półtorej strony tu, dwie stroniczki tam, nic wielkiego. Nie licząc więc tego, że powinnam umówić psa do lekarza, złożyć drugą szafkę na buty, umówić się na naprawę (kolejną!) klimatyzacji w samochodzie, zamówić tapicera do obicia krzesła komputerowego, uszyć obrus i dwie poszewki na poduszki z materiałów zamówionych z Volsfaden, zapisać się do NFZ, uporządkować rachunki za trzy mieszkania i spróbować ponownie wgrać Tradosa do nowego komputera, mam relatywnie dużo wolnego czasu. Nawet wybrałam się wczoraj na basen, z czego jestem bardzo dumna. Ale jeszcze dumniejsza jestem z trzech akapitów mojej space-operowej powieści o księżniczce-przemytniczce, Stelli Drivani, które napisałam wczoraj zamiast przepisowych trzech akapitów niniejszego bloga. I z pracy koncepcyjnej nad fabułą, scenerią, charakterystyką bohaterów i nomenklaturą stellowego świata. Nawiasem mówiąc, przypomniała mi się bardzo cenna porada słowotwórcza dla autorów science-fiction, którą kiedyś czytałam - wystarczy wziąć dowolne dwa rzeczowniki pospolite, np. garnek i dupa, odciąć pierwszą literę, i oto stoi przed nami Arnek Upa, pirat kosmicznych przestworzy. Czajnik i stanik - i voila, jest bohaterski Zainic Tanik. I tak dalej, polecam, pierwszorzędna zabawa. Wzbogaciłam ją jeszcze o dostawianie przypadkowych spółgłosek w środku wyrazu, dzięki czemu Stella pochodzi z planety Drywan (bo mój wzrok padł akurat na dywan). Ten sukces tak mnie uskrzydlił, że zmobilizowałam się, żeby w końcu umówić hydraulika, zamiast dalej podstawiać plastikową miskę pod cieknący odpływ pod zlewem. Hydraulik przyszedł, naprawił i wyszedł - kolejny sukces, który, jeśli Allach pozwoli, być może uskrzydli mnie do odwalenia kolejnego upierdliwego zadania z listy rzeczy do zrobienia. A jeśli nie, to przynajmniej zlew już nie cieknie.
skomentuj | (1)
Dzień Bez Zakupów | klaszkie | 2010-08-15 | 19:51:23 |
Postanowiłam wczoraj wybrać się do Ikei i kupić dwie nowe szafki na buty, zrywając tym samym z hołubioną przeze mnie w duszy fikcją, że jestem ascetyczną minimalistką, której do szczęścia wystarczy jedna, niewielka szafka butów (na sezon - pozostałe są spakowane w pudełkach w szafie). Nie skojarzyłam niestety, że wczorajsza sobota poprzedzała święto państwowe, podczas którego obowiązuje zakaz handlu. Przerażony perspektywą Dnia Bez Zakupów naród zaatakował sklepy i centra handlowe ze zdwojonym entuzjazmem. Nie bez znaczenia w tym koszmarnym upale był też pewnie fakt, że centra handlowe są klimatyzowane. Parking przed Ikeą był niemal pełen - z najwyższym trudem znalazłam miejsce. Restauracja pełna - zniechęcona długaśną kolejką i hordami rozwrzeszczanych milusińskich w różnym wieku zrezygnowałam z nabycia butelki wody. W alejkach miedzy półkami - korki. Kasy - czynne co do jednej, w życiu nie widziałam czegoś takiego, nawet przed Gwiazdką. Jestem pewna, że wczorajsze obroty z naddatkiem powetowały handlowcom dzisiejszy dzień wolny. Dziś, niezrażona ponad trzydziestostopniowym upałem, postanowiłam zająć się składaniem przynajmniej jednej z dwóch nabytych wczoraj szafek. Uwielbiam składać meble z Ikei - nieodmiennie zachwyca mnie, że nie wymaga to żadnej wiedzy technicznej (której nie posiadam) ani narzędzi innych niż młotek i śrubokręt (które posiadam). Nie wymaga to nawet znajomości żadnego języka, bo ich genialna instrukcja jest całkowicie obrazkowa. Po dwóch godzinach i 26 czynnościach rozpisanych szczegółowo na 20 stronach instrukcji szafka stała, ale ja padłam. Spocona jak szczur - choć pracowałam pomalutku i w samych gaciach, ścierając pot zalewający oczy czystą ścierką - wskoczyłam pod chłodny prysznic, wyżarłam z lodówki zimne kartofle z wczoraj (pora była obiadowa), popiłam zimnym mlekiem zsiadłym, i zasnęłam głębokim snem spracowanego robociarza na następne trzy godziny. Dochodzę do wniosku, że nie doceniałam do tej pory wielkości tych wszystkich starożytnych cywilizacji, które w podobnym do dzisiejszego, upiornym upale zdołały zbudować piramidy, Koloseum czy świątynie Angkor Wat. Według mnie jedynym zajęciem, do jakiego zdolna jest istota ludzka w takiej temperaturze jest zalegiwanie na leżaku nad dowolnego rodzaju zbiornikiem wodnym i sączenie bardzo zimnych napojów, gorzkich lub kwaśnych. Z bąbelkami. A nie budowanie piramid czy składanie szafek na buty.
skomentuj | (0)
Ty też... (U2) | klaszkie | 2010-08-13 | 09:57:01 |
Ty też (U2) powinieneś (powinnaś) iść na koncert U2, jeśli jeszcze na nim nigdy nie byłeś (byłaś)... Co za niesamowite doświadczenie! O zawrót głowy przyprawiało już samo miejsce, w którym siedziałam - ósmy rząd sekcji H43 zachodniej trybuny Commerzbank-Areny jest już niemal pod dachem, na wysokości, tak na moje oko, co najmniej dwunastu pięter nad ziemią. Jak się jednak okazało, wystarczy wlać w siebie ćwierć litra piwa i lęk wysokości przechodzi - przy okazji więc odkryłam lekarstwo na tę upierdliwą przypadłość, chwała Bonu. Obawiam się, że moje pióro (a raczej klawiatura) nie jest w stanie opisać wszystkich wspaniałości tego koncertu. Powiem więc tylko tyle - warto było tłuc się 1200 km w jedną stronę samochodem, żeby to zobaczyć (no dobra, „tłuc się" to nadużycie - płynąć autostradą w szalenie wygodnej i szybkiej Toyocie Camry Lipińskiego). Był to niesłychanie widowiskowy spektakl, który oglądałam z rozdziawioną buzią i ciarkami na plecach. Muzyka grzmiała, światła tańczyły, kolory pulsowały, Bono śpiewał, widownia ryczała. Było przesłanie od biskupa Tutu (że wszyscy jesteśmy ONE), pozdrowienia z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i parada lampionów Amnesty International na cześć Aung Sang Suu Kyu. Swoją drogą to ciekawe, że zespół, który śpiewa takie refleksyjne, poetyckie teksty o ważnych sprawach (a nie tam tylko jakieś „Ja cię kocham, ty mnie nie, je, je, je") organizuje nie kameralny występ w niewielkiej sali dla garstki wykształciuchów, tylko megagwiazdorskie widowisko na stadionie na 50 tysięcy widzów (skądinąd też wykształciuchów). I że to działa... Ale może na tym właśnie polega wielkość U2, charyzma Bona i najwyższej klasy profesjonalizm ekipy, która to niesłychane widowisko przygotowała. Oprócz tego, że ubogaciłam się muzycznie, wróciłam ze znacznie lżejszym portfelem, ale za to z bardzo ciężkimi garnkami. Lipińska postanowiła bowiem tym razem zająć się nie zwiedzaniem zabytków kultury, ale ratowaniem słabiutkiego popytu konsumpcyjnego niemieckiej gospodarki. Korzystając z tego, że przyjechaliśmy samochodem - a nie samolotem - z bagażnikiem, w którym bez trudu pomieściłyby się trzy duże trupy, wypuściliśmy się na polowanie na szczególnie duże objętościowo i ciężkie łupy. W efekcie jestem bogatsza o pięć nowych, kosmicznych garnków, dwa kosmiczne noże i odlotowe skórzane trampki na futerku. Jestem pewna, że efekt naszych trzydniowych zakupów będzie statystycznie znaczący...
skomentuj | (2)
lepsze wrogiem dobrego | klaszkie | 2010-08-07 | 22:34:58 |
Kupiłam sobie, w środę chyba, nowy komputer. Poszło szybko, łatwo i przyjemnie, bo wcześniej się zapytałam mądrzejszych ode mnie i zapisałam na karteczce, jakie mam wymagania techniczne. A żeby sprawę maksymalnie uprościć, i oszczędzić sobie bólu głowy, postanowiłam nie zmieniać marki i zostać przy Vaio. Jeśli jest dobry dla Jamesa Bonda, to i mnie powinien wystarczyć. Kiedy więc na mojej drodze zobaczyłam salon Sony, uznałam to za palec boży, wstąpiłam, wyciągnęłam karteczkę i wyrecytowałam miłemu panu sprzedawcy: monitor min 16 cali, 4 giga RAM, procesor co najmniej i5, karta graficzna z własną pamięcią min 256, wifi i kamerka. - To ten - powiedział sprzedawca, wskazując na dokładnie tego laptopa, przy którym stałam. - A nie może być zielony? - zapytałam, bo obok stały śliczne cuda w różnych kolorach: zielone, różowe, pomarańczowe. - Niestety nie. - powiedział smutno pan. - Trudno, to poproszę ten szary. - odpowiedziałam, i przeszliśmy do kasy. Schody zaczęły się w domu. Wiadomo, nowy komputer równa się nowy system operacyjny. Wszystko robimy inaczej. Wszystko jest gdzie indziej i inaczej się nazywa. Nic nie działa tak jak wcześniej. PO CO TO ROBIĄ??? Komu to przeszkadzało, że folder nazywał się folder, a nie biblioteka??? Komu??? No komu??? Jedną poczta odbiera, ale nie wysyła. Inna wysyła, ale nie odbiera. Albo z jednego konta odbiera, a z drugiego nie. Ciągle nie wiem, co zadziała najlepiej, więc testuje trzy różne rozwiązania. No i masę rzeczy trzeba wgrywać od nowa - starego Office'a, trzy różne przeglądarki (brzydzę się Internet Explorerem i nigdy z niego nie korzystam), antywirus, program do szyfrowania poczty (mam jednego bardzo paranoicznego klienta, który go sobie zażyczył), no i oczywiście Tradosa. Który módlmy się wszyscy, żeby zadziałał w Windows 7, bo jak nie, to cały ten nowy komputer będzie na pieprz do gówna. To jednak okaże się najwcześniej w czwartek, bo jutro bladym świtem, o piątej rano, odpalam z Lipińskimi do Frankfurtu, tym razem samochodem i w celach rozrywkowych - we wtorek idziemy na koncert U2. Nie biorę komputera, żeby poczuć, że to prawdziwe wakacje, więc do czwartku nowych wpisów nie będzie. skomentuj | (4)
porażka ambitnych planów | klaszkie | 2010-08-06 | 08:16:09 |
Miałam ambitny plan, żeby napisać o tych biednych świrach spod krzyża, ale jestem, jak to się ładnie mówi „trochę wczorajsza", i nie mam nastroju. Rozpiłam wczoraj z Lipińskimi trzy flaszki Pinot Grigio, bo mieliśmy rezerwować bilety i hotel na nasze listopadowe wakacje na Wyspie Buraczanej. Nie słyszeliście o Wyspie Buraczanej? No właśnie, nikt o niej nie słyszał, i na tym polega jej urok. To rajski skrawek lądu na Filipinach - plaża z jednej strony, plaża z drugiej, po środku palmy i inne tropikalne rośliny, a pomiędzy nimi bungalowy z tarasami, na których wiszą hamaki. Oczywiście ona się nie nazywa Wyspa Buraczana, tylko jakoś tam na "b", nie sposób spamiętać jak, Bumtararaj Buracao. Z ambitnego planu zarezerwowania biletów nic nie wyszło, bo Lipińska spanikowała, że nie ma pieniędzy, i nie wie, ile będzie miała w listopadzie. Bardzo łagodnie wypomnieliśmy jej, że najnowsze łupy z Penny Black (dwa sweterki, dwie spódnice i golfik) spokojnie wystarczyły na pół wyjazdu na Wyspę Buraczaną dla jednej osoby. No ale trudno, przecież ich nie odda. Postanowiliśmy więc przełożyć wyjazd z listopada na styczeń, i poczekać z rezerwacją biletów do połowy października. Trzecia porażka to ambitny plan uszycia nowych zasłon z materiałów zakupionych w cudownych niemieckich sklepach internetowych z tkaninami, Volksfaden i Frau Tulpe. U Frau Tulpe wykupili mi śliczny materiał w jeże, krety, drzewka i jelonki, i zamiast na zasłony starczyło mi tylko na poduszkę. Z kolei w Volksfaden przez cały ten czas, kiedy się zastanawiałam, który materiał wybrać, wykupili mi Birds Cream do salonu, i In the Park Bark, do sypialni. Ale na pociechę zamówiłam sobie Jungle Brown do salonu i Zanzibar do sypialni. Albo do salonu, na zmianę z dżunglą, a do sypialni kupię Joy of Life, jeszcze nie wiem. Jungle Brown jest wcale nie brązowa, tylko biało-oliwkowo-beżowo-brązowa, w zebry, antylopy i sawannę, namalowane w stylu prymitywnym. Zanzibar jest turkusowo-limonkowy, w słonie, lwy i lamparty, w słodkim stylu utalentowanej plastycznie piętnastolatki. Więc może to i nie porażka, tylko tak miało być i już.
skomentuj | (0)
autobus czerwony | klaszkie | 2010-08-03 | 23:31:46 |
Odszczekuję moją niewyważoną opinię, że Białołęka to wypizdów, gdzie psy dupami szczekają. Wybrałam się tam wczoraj w odwiedziny do mojego brata i bratowej, tak zwanymi miejskimi środkami komunikacji. Półtorej godziny w jedną stronę i byłam na miejscu. Najpierw podjechałam metrem do Placu Bankowego. Tam przesiadłam się w 527 - śliczny, nowy, czyściutki i klimatyzowany Solaris - który chodzi co 12 minut, jedzie trambuspasem i w tempie doprawdy ekspresowym przemieszcza się na drugą stronę Wisły. Wszystko szło dobrze aż do skrętu na Zacisze, gdzie staliśmy przez cztery, albo i nawet pięć zmian świateł, zanim nam się udało skręcić. No i przyznaje, że za Głębocką ten autobus zatacza olbrzymią pętlę, która dodaje niepotrzebnie pół godziny do czasu przejazdu. Byłam jednak zbudowana sprawnością transportu miejskiego w moim mieście. A na uszach miałam moje nowe odkrycie, technologiczne cudo w postaci i-poda. Dzięki podkładowi muzycznemu moja wycieczka zamieniła się w przygodę jak z filmu Jarmusha. Oto nasza bohaterka, na tle autobusowego okna, za którym kamera wyławia kolejne intrygujące detale: przy Czterech Śpiących na murku przysiadł starszy pan z wilczurem u stóp. I tak siedzą. Po co? Na kogo czekają? O czym myślą? Któż to wie... Autobus jedzie dalej. I jedzie. I jedzie. W tle (muzycznym) rytmicznie dudnią bębny, Afryka dzika, step po horyzont, chropowatym czarnym głosem stara Murzynka śpiewa egzotyczną pieśń w nieznanym języku. A za oknem Radzymińska. Czyż nie czysty surrealizm?
skomentuj | (0)
|