opress praca fotoszok sportforum sportmaniak gadulek hostil poczta blogi modeleczki zaloty chlewik
x
WAW7RANO

Blog "{WAW7RANO}"

Archiwum:

2010
  Styczeń
  Luty
  Marzec



Linki:



Księga gości
+ Dodaj wpis



Odwiedzin: 851


reklama

klaszkie | 2010-03-21 | 18:49:56

Tutaj wpisz treść swojego wpisu.

skomentuj | (0)




Dziwne losy Jane Eyre

klaszkie | 2010-03-21 | 18:49:45

Jadę na Maderę! Na MADERĘ! Wprawdzie nie w najbliższy piątek, jak mi się wydawało, kiedy robiłam rezerwację, tylko dopiero za miesiąc - jak się okazało, kiedy dostałam umowę, ale zawsze... MADERA - czyż to nie brzmi cudownie egzotycznie? Wuj Jane Eyre mieszkał na Maderze, zanim zmarł i zostawił jej spadek. Jane Eyre to jedna z moich ulubionych bohaterek literackich, z którą zawsze bardzo mocno się utożsamiałam. Czuję się więc prawie tak, jakby to mój własny wuj (którego skądinąd nie posiadam) mieszkał na Maderze, i jakbym miała odwiedzić miejsce, w którym dokonał żywota.

 Właściwie to zupełnie nie wiem dlaczego Jane Eyre była zawsze mi tak bliska - nie jestem sierotą, nie chowałam się w przytułku, nie jestem nieładną, ubogą guwernantką, a mężczyzna mojego życia -  choć niewiele możemy o nim na dziś powiedzieć -  z całą pewnością nie będzie ukrywał na stryszku obłąkanej pierwszej żony. Skąd więc to dziwne pokrewieństwo dusz z bohaterką dziewiętnastowiecznej angielskiej powieści?

 Zastanawiałam się nad tym przez cały weekend, i dochodzę do takiego wniosku: Jane Eyre podobnie jak ja, bardzo stara się być trzeźwa i racjonalna, i kierować się zdrowym rozsądkiem, ale w głębi duszy jest beznadziejną i niepoprawną romantyczką.  

Nawiasem mówiąc, jeśli nie czytaliście "Dziwnych losów Jane Eyre" Charlotty Bronte, to bardzo wam tę lekturę polecam. To jednak z tych książek, które można czytać wielokrotnie, za każdym razem odkrywając w nich coś nowego.

skomentuj | (0)




Wołomin

klaszkie | 2010-03-19 | 22:19:50

Byłam dziś z Lipą, która chciała się rozerwać, na wycieczce w Wołominie. Właściwie nie była to wycieczka czysto krajoznawcza , tylko miałam sprawę do załatwienia w tamtejszym Urzędzie Skarbowym, nie swoją zresztą, tylko mojej przyjaciółki Małgosi, która mieszka w Sydney, więc do Wołomina ma trochę daleko. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu sprawę udało się załatwić, chociaż:

a) w piątki interesantów nie przyjmują

b) właściwa urzędniczka była na szkoleniu z pierwszej pomocy

c) nie miałam kompletu dokumentów

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dość wrogo przecież wyglądająca koleżanka tej właściwej pani przyjęła ode mnie papiery, sprawdziła, co było do sprawdzenia, kazała poprawić, co było do poprawienia, skopiować, co było do skopiowania i dosłać faksem brakujący dokument.

 To jakże pozytywne doświadczenie blednie jednak wobec estetycznej traumy, jaką jest przejazd przez podwarszawskie miejscowości. Trasa Kobyłka-Zielonka-Wołomin to kilkanaście kilometrów bolesnego kontaktu z wyjątkową brzydotą. Szkaradne płoty poobwieszane brudnymi płachtami reklam we wszelkich możliwych kolorach.  Za płotami bezładne składowiska - a to materiałów budowlanych, a to opon, a to artykułów ogrodniczych. Szpetne domiszcza we wszystkich stadiach rozwoju - nowe, jeszcze nieotynkowane, rozczłonkowane rozwory - podupadłe peerelowskie pudełka - poobijane  blaszaki, którym nie pomogły próby „odświeżenia" przez ochlapanie jaskrawą farbą w wesołym kolorze - niegdyś kształtne, ale dziś rozwalające się  drewniane domy z powybijanymi szybami w oknach.  Każdy dom w innej odległości od ulicy i pod lekko innym kątem, jak boga kocham, żaden nie stoi prosto, frontem do ulicy, tylko tak się kulą jakoś, jakby garba chowały. A przy każdym z tych cudów architektury połacie bilboardów, bannerów, szyldów i reklam. Każda w innym kolorze, innej wielkości, pod innym kątem. Tu matka boska, tam hydraulik, ówdzie wulkanizacja, a tuż obok nowa kolekcja butów na wiosnę 2010. Wszystko osobno, jak w tym wierszu Tuwima o Strasznych Mieszczanach: Patrzą na prawo, patrzą na lewo. /A patrząc - widzą wszystko oddzielnie/ Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...

 SZKARADA! OHYDA! SZPETOTA! BAŁAGAN! CHAOS! WYĆ SIĘ CHCE!!!

Nic dziwnego, że ludzie wyrastają tam na bandytów...

skomentuj | (2)




śniadanie mistrzów

klaszkie | 2010-03-18 | 10:05:48

Siedzę sobie w kawiarni Green Coffee, koło hotelu Forum (dla warszawiaków napływowych - Novotel),  w części ogródkowej, w wygodnym fotelu- uszaku, z brzuszkiem pełnym pysznego śniadania (dwie świeżutkie bułeczki z twarożkiem z rzodkiewką i dżemem moreleowym) i wybornej kawy. Na prawo Pałac Kultury, prawie na wprost pawilon Cepelii, dziś wyjątkowo miłosiernie nie szarpie wzroku kakofonią reklam, opasany zna biało, pewnie czeka na zmianę ekspozycji. Na wprost na lewo okłada się falującym szkłem nowy biurowiec, dwa najwyższe piętra już gotowe. Ech, dobrze tak sobie siedzieć w kawiarni z widokiem na Pałac Kultury i popijać caffe latte... Przyglądam się przechodzącym ludziom, a niektórzy z nich przyglądają się mnie. Wiem, co myślą. Sama się zawsze zastanawiałam, kim są ludzie, którzy jedzą śniadania w kawiarniach - siedzą nad kawą leniwie, nad gazetą, papieroska popalają, stukają coś tam sobie w laptopie. Dlaczego nie są w pracy? Dlaczego nie siedzą w biurze, jak każdy przyzwoity człowiek? Lenie i bumelanci, ot co!

 A teraz sama jestem takim kawiarnianym śniadaczem. Siedzą w fotelu, piję kawę, stukam coś tam sobie w laptopie, i zastanawiam się leniwie, co zrobić z reszta dnia. Może pojechać po próbki farb i przekonać się, jak panowie Błękity i Szarości zaprezentują się na ścianie? A może pójść do fryzjera i dorobić sobie trwałą na odrosty. Albo właśnie odwrotnie - rozprostować jej resztki i z Lary Loczek (to moja wakacyjna ksywka) przemienić się w hipisowskie dziecko-kwiat, spóźnionego pogrobowca Anny Jantar? Przejść się do Złotych Tarasów i kupić sobie coś bardzo, bardzo kolorowego na wiosnę? Zapowiedziałam wczoraj w biurze, że do końca tygodnia nie biorę żadnej pracy - po dwóch tygodniach zasuwania na okrągło, od rana do wieczora, łącznie z weekendem muszę się choć odrobinę zrelaksować... Śniadanie z widokiem na Pałac Kultury to bezwzględnie dobry początek...

 Zaczęłam już wczoraj, od wyprawy na łyżwy - chyba ostatniej w tym roku, pojutrze zamykają ślizgawkę, więc ślizgałam się w nastroju nieco nostalgicznym. Po łyżwach wpadłam do sklepu na dole, „U Teresy", kupiłam mały kubełek lodów Caffe Latte Grycana, piwo Koźlak (żeby uczcić św. Patryka, swoją drogą co za dziwaczna nazwa dla piwa!), duży kawał chałwy z bloku, poprzekomarzałam się ze sprzedawcą na temat zasług św. Patryka, a na resztę wieczoru zaparkowałam się na kanapie i obejrzałam kolejny film z Gerardem Butlerem, Gamer. Tym razem była to futurystyczna sensacja dla fanów gier komputerowych.  Trup się ściele nadzwyczaj gęsto, hurtem po prostu, krew tryska z oderwanych członków gejzerami godnymi parku Yellowstone,  a montaż jest tak szybki, że jak dla mnie to wręcz podprogowy (ale może to nawet lepiej, bo przez ekran przewija się zdumiewająca liczba dewiantów, psychopatów i zboczeńców), sugestywnie chrupią pękające kości. No ale na koniec dobro zwycięża, co usprawiedliwia całą wcześniejszą jatkę. To taki sam mechanizm jak w tych średniowiecznych żywotach świętych,  którzy nawracają się na łożu śmierci dopiero na ostatniej pergaminowej stronicy drogocennego inkunabułu, a przez wszystkie poprzednie są malowniczymi skurwysynami, ku uciesze szlachetnie urodzonych i pobożnych czytelników. Wszystko płynie, ale pewne rzeczy pozostają takie same...

Przy czym nie chcę wcale powiedzieć, że film był zły - wcale nie, widać, że nakręcono go z pasją i polotem, po prostu nie do końca moja bajka 

skomentuj | (2)




zadanie na dziś

klaszkie | 2010-03-17 | 08:07:35

Powodowana obywatelską troską i chęcią zapobieżenia niepokojom społecznym, wskakuję szybciutko na WAW7RANO, zanim zabiorę się do pracy.

 Droga społeczności, po raz kolejny widać, że przyroda nie znosi próżni - mojemu chwilowemu zamilknięciu towarzyszy erupcja talentu czytelników. Może w ogóle jedynym kosmicznym celem, dla którego ten blog powstał, było zainspirowanie kogoś innego, by znalazł ujście dla swojej kreatywności?

 Dziś więc mam zadanie dla Was, drodzy czytelnicy - proszę, żeby każdy, kto przeczyta dzisiejszą notkę, zostawił pod nią komentarz, choćby króciutki. Choćby tyci, tyci. Ale za to rymowany. Choćby troszeczkę. Na pewno macie dziś jakieś jałowe zebranie. Albo stos arkuszy w excelu do przekopania. Albo nikomu niepotrzebną procedurę do poprawienia. Albo inne nieciekawe i żmudne zadanie, od którego potrzebujecie odskoczni. 

A teraz wracam do pracy, bo mnie inaczej Anne-Marie zabije.

skomentuj | (4)




o niekorzystnym wpływie koniunktury na twórczość artystyczną

klaszkie | 2010-03-16 | 07:19:42

Siódma rano, jak w mordę strzelił. Śniadanie zjedzone, komputer włączony. Uroczyście oświadczam, że kryzys się skończył. Praca jest. Czasu nie ma. Bloga nie będzie... do czwartku co najmniej.

 

Marzy mi się, że pakuję do walizki kostium kąpielowy, stos nieprzeczytanych książek i nieobejrzanych filmów, jadę na Okęcie i wskakuję w najbliższy samolot na Kanary. Dziś. Znikam i nie ma mnie.... Ech, marzenia!

skomentuj | (3)




kosmiczna nagroda

klaszkie | 2010-03-13 | 22:45:10

Mój ulubiony astrolog, Jonathan Cainer (www.cainer.com), ostrzega mnie w tym tygodniu, żebym robiła „what needs to be done", i nie ulegała pokusie zajmowania się rzeczami, które wydają się bardziej atrakcyjne, ciekawe i pociągające, ale w istocie są pierdołami bez znaczenia. Jeśli wytrwam, kosmos już sam będzie wiedział, jak mnie wynagrodzić. What needs to be done to 200 stron tłumaczenia do sczytania na poniedziałek (200 już za mną, uff!), i 50 stron prospektu do tłumaczenia, na środę. I nie ukrywam, że niemal każda czynność, od mycia okien po dłubanie w nosie na kanapie, wydaje mi się bardziej atrakcyjna, ciekawa i pociągająca.

 Krążę więc między stołem zawalonym dwiema ryzami zadrukowanego papieru a komputerem, nie pozwalając myślom błądzić zbyt często i zbyt daleko, i gryząc świerzbiące palce, które chciałyby wpisać do googla coś bardziej ekscytującego niż „prawa do akcji", za jedyną pociechę mając świadomość, że buduję w sobie podziwu godną siłę charakteru. I że każda sczytana strona to 23 złote brutto w mojej portmonetce...

 I tak czekając grzecznie na moją karmiczną nagrodę, przypominam kosmosowi - wesoły brunet.

skomentuj | (0)




stanikowa rewolucja

klaszkie | 2010-03-11 | 13:33:24

Moja nieoceniona przyjaciółka Anita podesłała mi jakiś czas temu kilka linków do stron o stanikowej rewolucji, jaka się po cichutku toczy od pewnego czasu. Właściwie to nawet nie tak całkiem po cichutku, bo na przykład w szole Szymona Majewskiego widziałam raz pewną panią, jakąś znaną aktorkę chyba,  która w pewnym momencie na oczach widowni, Szymona i wszystkich widzów zgromadzonych przed telewizorami bez żenady zaczęła pokazywać, jak należy wygarnąć sobie pierś spod pachy i umieścić w miseczce po nowemu, czyli z przodu. Rewolucja polega zasadniczo na tym, że staniki mają mieć ciaśniejszy obwód, ale za to znacznie większą miseczkę niż kiedyś, tak aby ciężar piersi był podtrzymywany na obwodzie, a nie ramiączkami, a miseczka była dostatecznie duża, by się z niej pierś nie wylewała bokami.

 Piszę o tym, bo wypróbowałam ten nowy system rozmiarów i stwierdzam, że zrewolucjonizował moje życie, więc zasługuje na promocję, i już wcale się nie dziwię tej aktorce gmerającej w bieliźnie w miejscu bądź co bądź publicznym. Teraz sama nałogowo buszuję po brastop.com (internetowy sklep ze stanikami), z wielką szkodą dla salda mojej karty kredytowej, ale z wielkim pożytkiem dla piersi. A ponieważ kasę za te szaleńcze zlecenia, które miałam w zeszłym miesiącu, dostanę dopiero z końcem obecnego, wypracowałam sobie ostatnio takie nowatorskie podejście do zakupów internetowych: wchodzę na brastop.com, wybieram 2-3 staniki, wkładam do koszyka, i wychodzę bez płacenia. Bardzo oszczędny sposób robienia zakupów, przyznajcie. Ale cóż robić - Nowy Jork czeka, Szkocja czeka, Paryź czeka... 

 

A osoby zainteresowane szczegółami stanikowej rewolucji zapraszam tu: (http://www.wizaz.pl/forum/showthread.php?t=294725)
 

skomentuj | (3)




Ja i dr House

klaszkie | 2010-03-10 | 13:15:15

Praca, praca, praca... za oknem wiosna, a ja powoli przyrastam do fotela komputerowego. Ale wczoraj wyskoczyłam wieczorem do mojej przyjaciółki Anity obejrzeć poniedziałkowy odcinek doktora House'a. Tym razem House dał się namówić Wilsonowi na speed dating, a jego pacjentką była zawołana blogerka. Intrygujący zbieg okoliczności, nieprawdaż? Czyżby scenarzyści w poszukiwaniu inspiracji zapuścili się na WAW7RANO? 

skomentuj | (0)




Oskarowe kreacje

klaszkie | 2010-03-08 | 23:21:01

Wybaczcie chłopcy, dziś Dzień Kobiet, więc sobie poużywam w temacie typowo kobiecym...

 Obejrzałam jednak po pracowitym dniu wszystkie 242 zdjęcia kreacji oskarowych na stronie www.oscar.com, i stwierdzam, że rano nie miałam racji. Kilka sukien naprawdę zasługuje na pochwałę:

 Cameron Diaz - piękna srebrzysta suknia z błyszczącymi pajetkami

 żona Roberta  Downeya jr - odjechana tuba w błękitach, pod kolor muchy męża

 Jennifer Lopez - to jest właśnie prawdziwie oskarowa suknia, choć jej pikowany materiał momentalnie przywodzi na myśl polskie podomki z lat 70-tych

 Helen Mirren w gołębim błękicie - nienagannie elegancka

 Queen Latifa - wyrafinowana kreacja doskonale podkreślająca jej bujne kształty

 Nicole Richie - nie mam pojęcia kto to jest, ale miała szałową srebrnoniebieską kieckę w stylu lat 70-tych

 Vera Fermiga - znów kompletnie mi nieznana, ale suknia spektakularna

 Sigourney Weaver - ona zawsze ma piękne kiecki, tym razem proste szyfonowe cudo w kolorze pąsowej róży

 Pominęłam wszystkie kiecki czarne - wiem, czerń to pewniak, zawsze działa, ale doprawdy jak ktoś się wybiera na rozdanie Oskarów, to mógłby wysilić wyobraźnię na coś bardziej oryginalnego.

 Wstawiłabym tu stosowne zdjęcia, ale niestety nie wiem, jak to zrobić, ani czy to w ogóle możliwe.

skomentuj | (0)




Bękarty Oskarów

klaszkie | 2010-03-08 | 11:26:35

Oskary rozdane - dla mnie wielkim przegranym jest nie Avatar, tylko Quentin Tarantino i jego Bękarty wojny. Uwielbiam wszystkie filmy Quentina - w każdej klatce jego filmów, a już szczególnie w Bękartach, widać jego czystą i bezinteresowną miłość do kina, do aktorów i do nas widzów chrupiących popkorn na widowni. Jak nikt inny Quentin potrafi mnie wbić w fotel w oczekiwaniu na to „co będzie dalej" i na wielki katarktyczny finał. Jego filmy sprawdzają się na każdym poziomie, od zidiociałego konsumenta kultury popularnej po jajogłowego krytyka sztuki filmowej. Ale Oskarów nie dostają...

 Nawiasem mówiąc, obejrzałam bardzo pobieżnie (bo „Aktualności Międzynarodowych Standardów Rachunkowości" same się nie przetłumaczą) kreacje gwiazd z czerwonego dywanu, i uważam, że w tym roku były nienadzwyczajne, a niektóre po prostu szkaradne - na negatywne wyróżnienie zasługuje zwłaszcza Sarah Jessica Parker, zupełnie niepotrzebnie prezentująca swoje kościste obojczyki,  i Diane Kruger w jakiejś absurdalnej tiurniurze z gałganków.

Szybkie plusy dla bardzo szczupłej w tym roku Kate Winslet w syrenim srebrze i  klasycznej szkarłatnej kreacji dziewczyny Żorża Clooneya (mimo że jej nienawidzimy).

Obejrzę sobie wszystko na spokojnie jak się uporam z robotą (czyli najpewniej gdzieś w czerwcu...) 

skomentuj | (2)




kumpel ma starego psa

klaszkie | 2010-03-07 | 00:42:43

No i kicha, nie wzięłam się dziś za pracę, bo wczorajszego wieczora nadużyłam napojów wyskokowych i jedyne, co byłam dziś w stanie robić to zaległe sprzątanie. Uważam, że na kacu sprząta się najlepiej - dzień jest i tak zmarnowany, więc przyrost przykrości niewielki, za to jaka satysfakcja moralna, że się zrobiło coś pożytecznego, będąc w tak podłym stanie.

 Na chlanie udałam się autobusem, co uważam za ekscytującą przygodę. Po pierwsze, na przystanku wdałam się w pyskówkę z pijakiem (nagabywał dziewczę młode). Zanim jeszcze zdążyłam zamknąć głupi dziób, przypomniały mi się mgliste strzępy wiadomości o jakimś policjancie, który postąpił podobnie i w efekcie wylądował w szpitalu. Na szczęście w moim przypadku skończyło się na wysłuchaniu tak krwistej wiązanki bluzgów, że aż mnie zatkało. I tak w jednej chwili z rycerza ratującego damę z opresji przeobraziłam się w osłupiałą panią w butach („dzika zabiła i w futrze chodzi"), która zupełnie nie jest w stanie sprostać wymogom wyrafinowanej konwersacji.

 Po drugie, w autobusie podsłuchałam niezwykle interesującą rozmowę dwóch licealistów, której highlightem była tytułowa informacja, że „kumpel ma starego psa" - przy czym nie chodziło wcale o wiek czworonożnego ulubieńca, tylko profesję tatusia wzmiankowanego kolegi. I tak lingwistycznie ubogacona udałam się w gości oglądać bardzo dobry polski film - „Rezerwat". Szkoda, że nie widziałam go przed utarczką z przystankowym pijakiem - film jest malowniczą opowieścią o mieszkańcach pewnej kamienicy na Pradze, i dostarczyłby mi cennego materiału językowego do nawiązania równiejszej dyskusji z przedstawicielem społecznych nizin.

 Po trzecie, lubię od czasu do czasu pojechać gdzieś autobusem, bo mam wtedy rozkoszną świadomość, że wybrałam znacznie bardziej czasochłonny sposób poruszania się po mieście, co oznacza, że mam czas i nigdzie mi się nie spieszy. A tak właśnie należy spędzać weekend - leniwie i bez pośpiechu. 

skomentuj | (2)




piątek czy sobota

klaszkie | 2010-03-05 | 09:24:43

Jestem dziś zupełnie wyeksploatowana intelektualnie i twórczo po dwóch dniach testowania jak dużo i jak szybko jestem w stanie w tym czasie przetłumaczyć. Odpowiedź brzmi: za dużo i za szybko. W dodatku mam kaca moralnego, bo tekst polski (wyjściowy) był ohydnym bełkotem, a ponieważ tym razem nie miałam czasu się domyślać, co poeta chciał powiedzieć, tłumaczyłam jak leci, na zasadzie "crap in - crap out". Bardzo, bardzo, bardzo nie lubię tej zasady, i staram się nigdy do niej nie stosować, ale jak klient chce mieć przetłumaczone 75 stron w dwa dni, to przepraszam bardzo.

 Ze względu na kryzys intelektualny wczorajszy wieczór spędziłam na kanapie gapiąc się bezmyślnie w telewizor i wyjadając z lodówki cały zapas sera żółtego. Pstrykałam pilotem i pstrykałam, ale i tak na każdym programie leciało „CSI: kryminalne zagadki Miami", obejrzałam ze trzy różne odcinki trzech różnych serii na trzech różnych programach. Plus „Przyjaciół", plus jakiś zamierzchły odcinek doktora House'a, który raczyła pokazywać Dwójka, jeszcze z czasów, kiedy Obama nie był prezydentem, bo z Kuttnerem (który zniknął z serialu w dramatycznych okolicznościach, kiedy grający go aktor przeszedł do biura prasowego Obamy po jego wyborze na prezydenta).

 Dziś powinnam się zabrać za sczytywanie po koleżankach tłumaczenia bardzo długiej,  bardzo nudnej i bardzo tajnej prezentacji o prezesie-złodzieju, ale okropnie mi się nie chce. Może lepiej posprzątam, a potem poleniuchuję, czyli zrobię sobie dziś sobotę, a za pracę wezmę się jutro.

skomentuj | (0)




kosmiczne przygody

klaszkie | 2010-03-04 | 12:10:20

Przedwczoraj znów latałam szmaragdowym smokiem - zabrałam rodziców do Imaksa na Avatara. Im też się bardzo podobało. Siedzieliśmy wszyscy z buziami rozdziawionymi z zachwytu nad cudami Pandory, z zapartym tchem śledząc emocjonujące przygody bohaterów.

 Uważam, że ten film powinien obejrzeć każdy, bo chodzi o przełom w kinie na miarę „Śpiewaka jazzbandu". Na naszych oczach rodzi się nowe medium - trójwymiarowy film cyfrowy, i nic już nie będzie takie jak kiedyś. Kręcąc Avatara James Cameron pokazał, że dziś już w kinie możliwe jest absolutnie wszystko - jeśli można stworzyć od zera całkowicie przekonujący (dla mnie) obraz zupełnie obcej planety i zupełnie obcej rasy, to jedyną granicą dla twórców filmów są granice ich wyobraźni.

 Czy to oznacza, że filmy płaskie (dwuwymiarowe) przejdą do lamusa? Oczywiście nie - kameralny dramat obyczajowy nie potrzebuje obrazowania cyfrowego ani trzeciego wymiaru. Niewątpliwie jednak wielkie widowiska rozrywkowe kręcone będą cyfrowo i w 3D, czy się to komu podoba, czy nie. Mnie się podoba...

skomentuj | (0)




300

klaszkie | 2010-03-02 | 08:06:05

Oj, to się przejechałam - w ramach zapoznawania się z filmografią Gerarda Butlera obejrzałam dzieło pt. „300". To jakaś niedorzeczna wersja bitwy pod Termopilami, nakręcona chyba na podstawie jakiegoś komiksu. Na pewno nie jestem docelową widownią tego filmu, i doprawdy nie wiem, kto jest - chyba geje-kulturyści, sądząc po liczbie naoliwionych sześciopaków, które z wyraźną lubością prezentuje trzystu nadzwyczaj skąpo odzianych Spartan. Zresztą nie wiem, czy koniecznie gejów - żona króla Leonidasa też jest półnaga i przegina się bardzo zmysłowo nad jakąś studnią, król Kserkses chodzi ubrany w jakieś poplątane liny, sznury i łańcuchy w stylu sado-maso, plączą się też po ekranie w charakterze lubieżnych kapłanów jacyś obleśni mutanci. Może więc jest to po prostu film adresowany do kulturystów o szerokiej gamie zainteresowaniach seksualnych, zafascynowanych wizjami mieczy i dzid przebijających nagie bicepsy, tricepsy i mięśnie czterogłowe uda.

 Mimo całego mojego uwielbienia dla Gerarda tym razem nie zdzierżyłam, i tchórzliwie porzuciłam bohaterów w połowie bitwy.Tutaj wpisz treść swojego wpisu.

skomentuj | (0)



Darmowe Blogi Blogx.pl | ZałóżBloga


Toruń · Muzyka · MP3 · Filmy ·