Blog "klaszkie"

Archiwum / Rok: 2010. Miesiąc: Marzec.



angina

klaszkie | 2010-03-31 | 09:20:02

Obudziłam się przedwczoraj w środku nocy z okropnym bólem gardła, i już nie zasnęłam do rana. Cały dzień byłam więc śnięta zupełnie, a tymczasem okrutna rzeczywistość nie pozwoliła mi zakopać się do łóżeczka pod kołderkę, tylko zmusiła do siedzenia cały dzień w biurze i wytężonej pracy.

 Dziś ponownie głowę mam spuchniętą, gardło obolałe, i robotę do zrobienia, ale przynajmniej nie muszę się ruszać z domu ani decydować, co komu przydzielić, a praca jest potencjalnie ciekawa. 

 Aha, i odbieram dziś nowe okulary! A rano przyszła fototapeta z chińskimi lampionami, którą zamierzam nalepić na drzwi. 

skomentuj | (0)




inexorable paso del tiempo

klaszkie | 2010-03-30 | 07:09:21

Dokonałam w niedzielę przerażającego odkrycia - jestem kobietą w średnim wieku. Normalnie tego nie widać, ale okrutne lustro przymierzalni w sklepie Solar i dekolt amerykański boleśnie tę prawdę obnażają - ramionka już nie tak jędrne jak kiedyś. Kurczę, kiedyś nawet nie wiedziałam, że były jędrne... Było, minęło! Daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia, jak słusznie zauważył któryś z wieszczów, zresztą dekolt amerykański jest generalnie nietwarzowy i mało komu w nim dobrze.

 Wprawdzie, jak niedawno pisałam, nie muszę zawsze wyglądać atrakcyjnie, ale akurat w niedzielę mi się chciało, a tymczasem co przebieralnia, to gorsza załamka. Nie lubię za bardzo konfrontować się z prawdą, że nie jestem wiotką księżniczką Fioną, tylko raczej korpulentną ogrzycą. Zazwyczaj udaje mi się o tym nie pamiętać, ale w sklepowych przymierzalniach, spocona i bardziej niż zazwyczaj rozczochrana nie mogłam tego nie zauważyć. W tej sytuacji za sukces należy uznać fakt, że w ogóle cokolwiek kupiłam - a jednak, niby nic, tu bluzeczka, tam spodenki, ówdzie spinka do włosów, a ledwo doniosłam do domu dwa naręcza siat.

Moja niedzielna wyprawa do Złotych Tarasów miała ukoić egzystencjalny smutek - w piątek dowiedziałam się, że jeden facet, którego znałam z Coopersa, zmarł nagle na zawał w wieku lat 49. Zrobił międzynarodową karierę, w którymś momencie był nawet prezesem LOT-u, ale chyba nigdy nie znalazł czasu, żeby się ożenić, palił jak smok, był pracoholikiem i w efekcie od soboty wącha kwiatki od spodu.

 W tym kontekście niejędrne ramionka nie wydają się jednak największą tragedią.

skomentuj | (0)




cuda technologii

klaszkie | 2010-03-27 | 23:03:11

Wróciłam właśnie z nowojorskiej Metropolitan Opera, gdzie oglądałam Hamleta, francuską operę dziewiętnastowiecznego kompozytora Ambroise Thomasa. I wcale nie musiałam w tym celu lecieć osiem godzin przez Atlantyk - wystarczyły dwa przystanki metrem do kina Muranów, które pokazuje od czasu do czasu spektakle operowe transmitowane z Met na żywo (!) do wybranych kin na całym świecie. Zupełnie niesamowite przeżycie, łączące w sobie uroki przedstawienia na żywo i kina (zbliżenia - chociaż tu akurat moim zdaniem trochę przesadzili, nie muszę śpiewakom zaglądać aż do dziurek w nosie).

Hamleta grał Simon Keenlyside, o którym nigdy nie słyszałam, ależ też powiedzmy sobie szczerze, że jestem wprawdzie wielbicielką opery, ale nie - jej znawczynią. Piękny, ciepły baryton, w sensie głosu, choć powierzchowność też miał całkiem, całkiem,  taki seksownie niedogolony, szorstki misiak w bardzo męskim krótkim trenczu. Ofelią była Niemka - niech jej bóg wybaczy - Marlis Petersen. O niej też nie słyszałam, a tymczasem śpiewała rewelacyjnie. Scena obłędu, która zajmuje cały czwarty akt, naprawdę przyprawiała o ciarki na plecach.  Bardzo dobra była też królowa Gertruda - majestatyczna i wyniosła, a zarazem neurotyczna nieco, jak bardzo piękna i bardzo rasowa klacz.

 Scenografia minimalistyczna - ciemna scena, z której pojedynczy reflektor wyławiał sylwetki aktorów i nic nie odwracało uwagi od ich gry i śpiewu. Bardzo, bardzo podobały mi się kostiumy - w zasadzie niby współczesne, ale zaznaczające czas i miejsce jakimś intrygującym detalem, na przykład dworzanie pod zupełnie współczesnymi marynarkami i płaszczami nosili jakby zbroje (to się nazywa kirys - aż sprawdziłam w Wikipedii), a panie ubrane były w bardzo szlachetne w kroju, długie suknie na szerokiej krynolinie, niby proste (to znaczy bez żadnych kokard, falbanek czy marszczeń), ale zdecydowanie „pałacowe", w głębokich, bogatych kolorach (ciemne złoto, burgund, purpura czy granat).

 Nawiasem mówiąc, Francuzi są jednak mistrzami w marketingu win - naliczyłam co najmniej trzy arie i chóry, w których chwalono zalety tego boskiego trunku na tyle przekonująco, że wracając kupiłam sobie flaszkę chardonnay. Jakoś nie przypominam sobie tego wątku u Szekspira.

Cena biletu była niestety operowa, a nie kinowa - stówa od łebka - ale w tej stówie był porządny program, z obsadą i streszczeniem, i lampka wina w antrakcie.  Następne przedstawienie 1 maja - niestety nie obejrzę go, bo będę na Maderze, ale jeśli choć minimalnie lubicie operę, to bardzo polecam.

skomentuj | (1)




carpe diem

klaszkie | 2010-03-26 | 23:32:41

Ktoś, kto twierdzi, że zakupy szczęścia nie dają, jest nędznym  kłamcą i smutnym malkontentem. Zachęcona piękną pogodą wyszłam wczoraj na spacer, ale nie doszłam nawet do połowy Rutkowskiego (odmawiam nazywania tej ulicy Chmielną - Chmielna jest na Woli, po drugiej stronie Pałacu Kultury), gdy postanowiłam przezornie czym prędzej zawrócić, oszołomiona tempem, w jakim nurkuję do dna debetu i limitów na obu kartach kredytowych, ale za to bogatsza o dwie pary ślicznych nowych butów. Ciągle jadę bowiem na marniutkiej pensyjce wypracowanej w styczniu, a kokosy zarobione w tym miesiącu skonsumuję dopiero w maju. Ale czuję je już wirtualnie w swojej kieszeni, a poza tym czyż nie należy mi się jakaś nagroda za ciężką pracę? Nie wspominam nawet o konieczności wspierania konsumpcją prywatną wzrostu gospodarczego - toż to dziś niemal patriotyczny obowiązek! Podsumowując - dwie pary nowych butów poprawiają humor, są zasłużoną nagrodą za ciężką pracę, przyczyniają się do wzrostu PKB i należały mi się jak psu buda.

 Przechodząc do konkretów - pierwsza para to szałowe kowbojskie drewniaki na obcasie, ze skrzyżowanych, szerokich pasków czerwonej skóry z przodu spiętych dużą, rustykalną metalową klamerką i nabijanych ćwiekami. „Kowbojskie" to taka moja prywatna kategoria na określenie butów z jajem, nie będących pańciowatymi szpileczkami, które pasują do dżinsów, a założone do eleganckiej sukienki nadają jej nieco zbuntowany, wywrotowy charakter. Drugie buty są z kolei ascetycznymi, płaskimi sandałkami z dwóch cienkich czarnych pasków poprowadzonych na skos w poprzek stopy, i trzeciego wokół dużego palca, a zrobione są z jakiegoś kosmicznego błyszczącego tworzywa brazylijskiej firmy Melissa. Plastikowe znaczy, ale ponoć bardzo trendy. Trendy czy nie, na stopie prezentują się nadzwyczaj intrygująco. Zapłaciła Złota Rybka.

 Na koniec zamówiłam nowe okulary, wypatrzywszy na wystawie oprawki, które są po prostu idealne - szukałam takich całe lata. No i wczoraj znalazłam. Zapłacił Citibank. 

skomentuj | (0)




zbuntowana

klaszkie | 2010-03-26 | 10:18:03

Kurczę, znowu mnie czytelnik opieprzył, że 7.42,  a ja nic nie piszę. Ale to wasza wina: wyśrubowaliście wymagania - że ma być lekko, dowcipnie i rozrywkowo, i teraz się stresuję, że nie sprostam, bo co też ja mogę mieć ciekawego do powiedzenia., że zupa mi się udała? Krótko mówiąc, przeżywam chwile artystycznego zwątpienia...

 Ale za to dokonałam niedawno pewnego przełomu myślowego - doszłam mianowicie do wniosku, że wcale nie muszę zawsze się ładnie ubierać. Do tej pory miałam taki przymus, żeby starać się zawsze wyglądać możliwie jak najlepiej. Uważałam, że zbrodnią jest założyć ciuchy, które do siebie nie pasują, a jeszcze gorszą - nietwarzowe albo eksponujące niedoskonałości mojej figury.  Ostatnio jednak uwolniłam się od tego niezrozumiałego przymusu, i wczoraj paradowałam cały dzień nieumalowana, w sweterku zupełnie niepasującym do całej reszty, w workowatych spodniach, które są już co najmniej o rozmiar za duże, i w dziurawej skarpetce, z rozkosznym poczuciem buntowniczego łamania konwencji społecznych.

 Ciągle jeszcze jednak się myję, i używam dezodorantu.

skomentuj | (2)




zupa z dyni

klaszkie | 2010-03-25 | 11:00:34

Udało mi się ostatnio ugotować zupę z dyni, która w końcu smakuje tak, jak powinna. Czyli tak, jak smakowała zupa z dyni, którą jadałam kiedyś w Australii, w cudownej herbaciarni w pachnącym ogrodzie różanym w małym miasteczku w Queensland. Od tamtego czasu wielokrotnie próbowałam odtworzyć ten smak, ale zawsze coś było nie tak - albo była zbyt mdła, albo dla odmiany zbyt aromatyczna (za dużo gałki muszkatołowej, za dużo czosnku, za dużo marchwi, za dużo selera).  Tym razem trafiłam idealnie!

 To bardzo prosta zupa: dynia (głównie), kartofle (nieco mniej niż dyni), trochę marchewki, kawałeczek korzenia pietruszki, kawałeczek pora, kilka plasterków czosnku i szczypta gałki muszkatołowej. Gotujemy aż dynia się rozpadnie, a warzywa będą miękkie, wywalamy pora, pietruszkę i część marchewki, a resztę miksujemy. I gotowe!

 Można do talerza dodać kleksa śmietany i posypać pestkami z dyni. Pycha!

skomentuj | (0)




pani spod 58

klaszkie | 2010-03-24 | 08:06:54

Po owocnym prawie-walnym, wieczorem udałam się na kolejne zebranie - tym razem doroczne zgromadzenie mojej wspólnoty mieszkaniowej. Te zebrania są absolutnie fascynujące z socjologicznego i antropologicznego punktu widzenia. Na podstawie obserwacji można by napisać niejedną pracę naukową: o dynamice relacji w grupie, działaniu demokracji w praktyce, przywództwie i jeszcze kilku innych arcyciekawych kwestiach. A co za typy tam przychodzą! Zawsze znajdzie się kilku pieniaczy, co najmniej jeden lizus, irytujący spóźnialski, który pyta o sprawę wyjaśnioną tuż przed jego przyjściem, czy dyżurni bełkotliwi nudziarze. A jakie emocje!

 Na zeszłorocznym zebraniu, na przykład, przeprowadzono zamach stanu - grupa niezadowolonych mieszkańców obaliła poprzedni zarząd, zdominowany całkowicie przez aroganckiego i despotycznego zarządcę. W tym roku dyskusję rozpalił regulamin parkowania -  mamy ponad sto mieszkań (plus kilka lokali użytkowych), a na podwórku tylko trzydzieści miejsc parkingowych. Poprzedni zarząd rozdał ponad 120 pilotów do bramy, nie wiadomo komu i na jakich zasadach. No i jest pasztet. Zaproponowany wczoraj regulamin zakłada, że na podwórku mogą parkować właściciele mieszkań (ale nie lokali użytkowych), zamieszkujący na miejscu (ale nie wynajmujący swoje mieszkanie) i posiadający samochód zarejestrowany na tutejszy adres. Takie rozwiązanie wzbudziło naturalnie oburzenie wszystkich grup, które nie spełniają tych warunków, a także pani spod 58.

 Pani spod 58 mieszka na mojej klatce, więc jest mi doskonale znana - wiecznie skrzywiona, niezadowolona starucha w pretensjach, która czepia się wszystkich o wszystko. Uważa chyba przy tym, że ze względu na wiek wszystko jej wolno, a zasady dobrego wychowania obowiązują innych,  a nie ją. Na wczorajszym zebraniu wstawała, kiedy chciała, i zaczynała perorować nie przejmując się zupełnie takimi drobiazgami jak to, że nikt jej nie udzielił głosu, a jej przedmówca jest w trakcie przedstawiania swojego punktu widzenia. To jedna z tych osób, które głośno domagają się respektowania swoich praw, ale odmawiają ich innym.  

 Cóż, regulamin parkowania zapewne nie przeszedł, będzie więc tak jak dotychczas, tylko gorzej. Przeszedł za to plan remontów, w tym wymiana windy na mojej klatce - przedpotopowego zabytku z tendencją do utykania pomiędzy piętrami. Hip, hip, hurra! 

skomentuj | (0)




na swoim

klaszkie | 2010-03-23 | 17:17:19

Dziś zaczęłam dzień bardzo ambitnie - z samego rana wybrałam się na basen i przepłynęłam kilometr. Potem przyszła do mnie na śniadanie Lipa, która zaczęła dzień jeszcze ambitniej i jeszcze wcześniej - półtoragodzinną lekcją hiszpańskiego o ósmej rano. Po tak ambitnym początku dnia z czystym sumieniem wtrząchnęłyśmy po jajeczku na miękko (nie ma nic lepszego na śniadanie niż jajeczko na miękko, uważam) i bułeczce mikro-ciabatce, wypiłyśmy po dzbanku świeżo mielonej wietnamskiej kawy (odmiana Highland), którą sobie sprowadzam od ulicznego sprzedawcy kawy z Hanoi, i udałyśmy się do biura na prawie-walne, które Lipa zwołała w celu oczyszczenia atmosfery pomiędzy wspólnikami. Prawie-walne, bo jedyny mężczyzna w naszym gronie został za zgodą wszystkich zwolniony z obowiązku uczestnictwa (jako osobnik irracjonalny, który tylko by zaognił atmosferę). Po dwóch godzinach spokojnej rozmowy, podczas której każda z sześciu obecnych na spotkaniu wspólniczek miała okazję powiedzieć, co jej leży na sercu, sformułowałyśmy wnioski na przyszłość, pożegnałyśmy się cmokami w policzek i rozeszłyśmy do domów.

 To właśnie najbardziej sobie cenię w naszej firmie - że działa jak sprawna społeczność matriarchalna - ahierarchiczna, elastyczna i niesformalizowana, dająca każdemu członkowi (a właściwie każdej członkini) poczucie, że jej interesy i priorytety, jej mocne i słabe strony zostały wzięte pod uwagę i uwzględnione w wypracowanym finalnym konsensusie. Konsensus ten dotyczy sposobu rozdzielania pracy - sprawy ważnej i budzącej emocje, bo przekładającej się bezpośrednio na zawartość naszych portfeli - a polega na tym, że odrzucamy wprowadzoną pewien czas temu mechanistyczną, sztywną zasadę (wymagającą upierdliwej sprawozdawczości i notorycznie łamaną, bo jej sztywność nie pozwalała odpowiednio elastycznie reagować na złożoną i zmienną sytuację) na rzecz podejmowania decyzji na bieżąco, w oparciu o zdrowy rozsądek i w poczuciu troski o to, żeby żaden członek naszej społeczności nie został pokrzywdzony.

 Utopia? A jednak się kręci... już od sześciu lat, w lepszych czasach i w gorszych. Nasza firma nie wejdzie nigdy na giełdę, nie podbije listy Fortune 500, a z nas nie uczyni milionerek. Nie - ale za to daje nam rzadki luksus pracy z ludźmi, których lubimy, cenimy i darzymy zaufaniem, i na zasadach, które same ustalamy.

skomentuj | (0)




pustka w głowie

klaszkie | 2010-03-22 | 21:21:28

Dzisiaj zaszalałam w brastopie i tym razem nie wyszłam bez płacenia - na Maderę potrzebuję wszak nowego bikini, czyż nie? Kupiłam dwa, bo nie byłam pewna, które będzie lepsze. Najwyżej jedno zwrócę - albo i nie.

 Dowiedziałam się poniewczasie, że na Maderze była ostatnio jakaś okropna lawina błotna, czy coś w tym stylu. No cóż, mam nadzieję, że do mojego przyjazdu zdążą posprzątać - a jeśli nie, i zamiast drinka z parasolką dostanę łopatę do wybierania błota z basenu, to przecież i tak praca fizyczna na świeżym powietrzu na wyspie w subtropikach bije na głowę całodzienne stukanie w klawisze komputera w bladym świetle kapryśnego warszawskiego słońca.

 Nie  wiem co prawda, jak doczekam do tego wyjazdu - jestem tak padnięta, że nawet odpoczywać nie mam siły, a na dodatek kompletnie wyjałowiona intelektualnie (co niestety chyba bardzo widać po dzisiejszym wpisie). Pozostaje mieć nadzieję, że przez najbliższych kilka dni na robotę będą się rzucać moi wspólnicy - nie żeby byli szczególnie pazerni, ale zarobiłam w tym miesiącu wyraźnie więcej niż inni, więc spadłam na koniec kolejki - a ja będę mogła posnuć się bezczynnie i naładować akumulatory. W niedzielę kupiłam sobie rolki (bo sezon łyżwiarski już zamknięty), i może zdążę je jutro wypróbować. Dowiecie się o tym pierwsi - jeśli nie połamię nóg.

skomentuj | (0)




Dziwne losy Jane Eyre

klaszkie | 2010-03-21 | 18:49:45

Jadę na Maderę! Na MADERĘ! Wprawdzie nie w najbliższy piątek, jak mi się wydawało, kiedy robiłam rezerwację, tylko dopiero za miesiąc - jak się okazało, kiedy dostałam umowę, ale zawsze... MADERA - czyż to nie brzmi cudownie egzotycznie? Wuj Jane Eyre mieszkał na Maderze, zanim zmarł i zostawił jej spadek. Jane Eyre to jedna z moich ulubionych bohaterek literackich, z którą zawsze bardzo mocno się utożsamiałam. Czuję się więc prawie tak, jakby to mój własny wuj (którego skądinąd nie posiadam) mieszkał na Maderze, i jakbym miała odwiedzić miejsce, w którym dokonał żywota.

 Właściwie to zupełnie nie wiem dlaczego Jane Eyre była zawsze mi tak bliska - nie jestem sierotą, nie chowałam się w przytułku, nie jestem nieładną, ubogą guwernantką, a mężczyzna mojego życia -  choć niewiele możemy o nim na dziś powiedzieć -  z całą pewnością nie będzie ukrywał na stryszku obłąkanej pierwszej żony. Skąd więc to dziwne pokrewieństwo dusz z bohaterką dziewiętnastowiecznej angielskiej powieści?

 Zastanawiałam się nad tym przez cały weekend, i dochodzę do takiego wniosku: Jane Eyre podobnie jak ja, bardzo stara się być trzeźwa i racjonalna, i kierować się zdrowym rozsądkiem, ale w głębi duszy jest beznadziejną i niepoprawną romantyczką.  

Nawiasem mówiąc, jeśli nie czytaliście "Dziwnych losów Jane Eyre" Charlotty Bronte, to bardzo wam tę lekturę polecam. To jednak z tych książek, które można czytać wielokrotnie, za każdym razem odkrywając w nich coś nowego.

skomentuj | (0)




Wołomin

klaszkie | 2010-03-19 | 22:19:50

Byłam dziś z Lipą, która chciała się rozerwać, na wycieczce w Wołominie. Właściwie nie była to wycieczka czysto krajoznawcza , tylko miałam sprawę do załatwienia w tamtejszym Urzędzie Skarbowym, nie swoją zresztą, tylko mojej przyjaciółki Małgosi, która mieszka w Sydney, więc do Wołomina ma trochę daleko. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu sprawę udało się załatwić, chociaż:

a) w piątki interesantów nie przyjmują

b) właściwa urzędniczka była na szkoleniu z pierwszej pomocy

c) nie miałam kompletu dokumentów

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że dość wrogo przecież wyglądająca koleżanka tej właściwej pani przyjęła ode mnie papiery, sprawdziła, co było do sprawdzenia, kazała poprawić, co było do poprawienia, skopiować, co było do skopiowania i dosłać faksem brakujący dokument.

 To jakże pozytywne doświadczenie blednie jednak wobec estetycznej traumy, jaką jest przejazd przez podwarszawskie miejscowości. Trasa Kobyłka-Zielonka-Wołomin to kilkanaście kilometrów bolesnego kontaktu z wyjątkową brzydotą. Szkaradne płoty poobwieszane brudnymi płachtami reklam we wszelkich możliwych kolorach.  Za płotami bezładne składowiska - a to materiałów budowlanych, a to opon, a to artykułów ogrodniczych. Szpetne domiszcza we wszystkich stadiach rozwoju - nowe, jeszcze nieotynkowane, rozczłonkowane rozwory - podupadłe peerelowskie pudełka - poobijane  blaszaki, którym nie pomogły próby „odświeżenia" przez ochlapanie jaskrawą farbą w wesołym kolorze - niegdyś kształtne, ale dziś rozwalające się  drewniane domy z powybijanymi szybami w oknach.  Każdy dom w innej odległości od ulicy i pod lekko innym kątem, jak boga kocham, żaden nie stoi prosto, frontem do ulicy, tylko tak się kulą jakoś, jakby garba chowały. A przy każdym z tych cudów architektury połacie bilboardów, bannerów, szyldów i reklam. Każda w innym kolorze, innej wielkości, pod innym kątem. Tu matka boska, tam hydraulik, ówdzie wulkanizacja, a tuż obok nowa kolekcja butów na wiosnę 2010. Wszystko osobno, jak w tym wierszu Tuwima o Strasznych Mieszczanach: Patrzą na prawo, patrzą na lewo. /A patrząc - widzą wszystko oddzielnie/ Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...

 SZKARADA! OHYDA! SZPETOTA! BAŁAGAN! CHAOS! WYĆ SIĘ CHCE!!!

Nic dziwnego, że ludzie wyrastają tam na bandytów...

skomentuj | (2)




śniadanie mistrzów

klaszkie | 2010-03-18 | 10:05:48

Siedzę sobie w kawiarni Green Coffee, koło hotelu Forum (dla warszawiaków napływowych - Novotel),  w części ogródkowej, w wygodnym fotelu- uszaku, z brzuszkiem pełnym pysznego śniadania (dwie świeżutkie bułeczki z twarożkiem z rzodkiewką i dżemem moreleowym) i wybornej kawy. Na prawo Pałac Kultury, prawie na wprost pawilon Cepelii, dziś wyjątkowo miłosiernie nie szarpie wzroku kakofonią reklam, opasany zna biało, pewnie czeka na zmianę ekspozycji. Na wprost na lewo okłada się falującym szkłem nowy biurowiec, dwa najwyższe piętra już gotowe. Ech, dobrze tak sobie siedzieć w kawiarni z widokiem na Pałac Kultury i popijać caffe latte... Przyglądam się przechodzącym ludziom, a niektórzy z nich przyglądają się mnie. Wiem, co myślą. Sama się zawsze zastanawiałam, kim są ludzie, którzy jedzą śniadania w kawiarniach - siedzą nad kawą leniwie, nad gazetą, papieroska popalają, stukają coś tam sobie w laptopie. Dlaczego nie są w pracy? Dlaczego nie siedzą w biurze, jak każdy przyzwoity człowiek? Lenie i bumelanci, ot co!

 A teraz sama jestem takim kawiarnianym śniadaczem. Siedzą w fotelu, piję kawę, stukam coś tam sobie w laptopie, i zastanawiam się leniwie, co zrobić z reszta dnia. Może pojechać po próbki farb i przekonać się, jak panowie Błękity i Szarości zaprezentują się na ścianie? A może pójść do fryzjera i dorobić sobie trwałą na odrosty. Albo właśnie odwrotnie - rozprostować jej resztki i z Lary Loczek (to moja wakacyjna ksywka) przemienić się w hipisowskie dziecko-kwiat, spóźnionego pogrobowca Anny Jantar? Przejść się do Złotych Tarasów i kupić sobie coś bardzo, bardzo kolorowego na wiosnę? Zapowiedziałam wczoraj w biurze, że do końca tygodnia nie biorę żadnej pracy - po dwóch tygodniach zasuwania na okrągło, od rana do wieczora, łącznie z weekendem muszę się choć odrobinę zrelaksować... Śniadanie z widokiem na Pałac Kultury to bezwzględnie dobry początek...

 Zaczęłam już wczoraj, od wyprawy na łyżwy - chyba ostatniej w tym roku, pojutrze zamykają ślizgawkę, więc ślizgałam się w nastroju nieco nostalgicznym. Po łyżwach wpadłam do sklepu na dole, „U Teresy", kupiłam mały kubełek lodów Caffe Latte Grycana, piwo Koźlak (żeby uczcić św. Patryka, swoją drogą co za dziwaczna nazwa dla piwa!), duży kawał chałwy z bloku, poprzekomarzałam się ze sprzedawcą na temat zasług św. Patryka, a na resztę wieczoru zaparkowałam się na kanapie i obejrzałam kolejny film z Gerardem Butlerem, Gamer. Tym razem była to futurystyczna sensacja dla fanów gier komputerowych.  Trup się ściele nadzwyczaj gęsto, hurtem po prostu, krew tryska z oderwanych członków gejzerami godnymi parku Yellowstone,  a montaż jest tak szybki, że jak dla mnie to wręcz podprogowy (ale może to nawet lepiej, bo przez ekran przewija się zdumiewająca liczba dewiantów, psychopatów i zboczeńców), sugestywnie chrupią pękające kości. No ale na koniec dobro zwycięża, co usprawiedliwia całą wcześniejszą jatkę. To taki sam mechanizm jak w tych średniowiecznych żywotach świętych,  którzy nawracają się na łożu śmierci dopiero na ostatniej pergaminowej stronicy drogocennego inkunabułu, a przez wszystkie poprzednie są malowniczymi skurwysynami, ku uciesze szlachetnie urodzonych i pobożnych czytelników. Wszystko płynie, ale pewne rzeczy pozostają takie same...

Przy czym nie chcę wcale powiedzieć, że film był zły - wcale nie, widać, że nakręcono go z pasją i polotem, po prostu nie do końca moja bajka 

skomentuj | (2)




zadanie na dziś

klaszkie | 2010-03-17 | 08:07:35

Powodowana obywatelską troską i chęcią zapobieżenia niepokojom społecznym, wskakuję szybciutko na WAW7RANO, zanim zabiorę się do pracy.

 Droga społeczności, po raz kolejny widać, że przyroda nie znosi próżni - mojemu chwilowemu zamilknięciu towarzyszy erupcja talentu czytelników. Może w ogóle jedynym kosmicznym celem, dla którego ten blog powstał, było zainspirowanie kogoś innego, by znalazł ujście dla swojej kreatywności?

 Dziś więc mam zadanie dla Was, drodzy czytelnicy - proszę, żeby każdy, kto przeczyta dzisiejszą notkę, zostawił pod nią komentarz, choćby króciutki. Choćby tyci, tyci. Ale za to rymowany. Choćby troszeczkę. Na pewno macie dziś jakieś jałowe zebranie. Albo stos arkuszy w excelu do przekopania. Albo nikomu niepotrzebną procedurę do poprawienia. Albo inne nieciekawe i żmudne zadanie, od którego potrzebujecie odskoczni. 

A teraz wracam do pracy, bo mnie inaczej Anne-Marie zabije.

skomentuj | (4)




o niekorzystnym wpływie koniunktury na twórczość artystyczną

klaszkie | 2010-03-16 | 07:19:42

Siódma rano, jak w mordę strzelił. Śniadanie zjedzone, komputer włączony. Uroczyście oświadczam, że kryzys się skończył. Praca jest. Czasu nie ma. Bloga nie będzie... do czwartku co najmniej.

 

Marzy mi się, że pakuję do walizki kostium kąpielowy, stos nieprzeczytanych książek i nieobejrzanych filmów, jadę na Okęcie i wskakuję w najbliższy samolot na Kanary. Dziś. Znikam i nie ma mnie.... Ech, marzenia!

skomentuj | (3)




kosmiczna nagroda

klaszkie | 2010-03-13 | 22:45:10

Mój ulubiony astrolog, Jonathan Cainer (www.cainer.com), ostrzega mnie w tym tygodniu, żebym robiła „what needs to be done", i nie ulegała pokusie zajmowania się rzeczami, które wydają się bardziej atrakcyjne, ciekawe i pociągające, ale w istocie są pierdołami bez znaczenia. Jeśli wytrwam, kosmos już sam będzie wiedział, jak mnie wynagrodzić. What needs to be done to 200 stron tłumaczenia do sczytania na poniedziałek (200 już za mną, uff!), i 50 stron prospektu do tłumaczenia, na środę. I nie ukrywam, że niemal każda czynność, od mycia okien po dłubanie w nosie na kanapie, wydaje mi się bardziej atrakcyjna, ciekawa i pociągająca.

 Krążę więc między stołem zawalonym dwiema ryzami zadrukowanego papieru a komputerem, nie pozwalając myślom błądzić zbyt często i zbyt daleko, i gryząc świerzbiące palce, które chciałyby wpisać do googla coś bardziej ekscytującego niż „prawa do akcji", za jedyną pociechę mając świadomość, że buduję w sobie podziwu godną siłę charakteru. I że każda sczytana strona to 23 złote brutto w mojej portmonetce...

 I tak czekając grzecznie na moją karmiczną nagrodę, przypominam kosmosowi - wesoły brunet.

skomentuj | (0)




stanikowa rewolucja

klaszkie | 2010-03-11 | 13:33:24

Moja nieoceniona przyjaciółka Anita podesłała mi jakiś czas temu kilka linków do stron o stanikowej rewolucji, jaka się po cichutku toczy od pewnego czasu. Właściwie to nawet nie tak całkiem po cichutku, bo na przykład w szole Szymona Majewskiego widziałam raz pewną panią, jakąś znaną aktorkę chyba,  która w pewnym momencie na oczach widowni, Szymona i wszystkich widzów zgromadzonych przed telewizorami bez żenady zaczęła pokazywać, jak należy wygarnąć sobie pierś spod pachy i umieścić w miseczce po nowemu, czyli z przodu. Rewolucja polega zasadniczo na tym, że staniki mają mieć ciaśniejszy obwód, ale za to znacznie większą miseczkę niż kiedyś, tak aby ciężar piersi był podtrzymywany na obwodzie, a nie ramiączkami, a miseczka była dostatecznie duża, by się z niej pierś nie wylewała bokami.

 Piszę o tym, bo wypróbowałam ten nowy system rozmiarów i stwierdzam, że zrewolucjonizował moje życie, więc zasługuje na promocję, i już wcale się nie dziwię tej aktorce gmerającej w bieliźnie w miejscu bądź co bądź publicznym. Teraz sama nałogowo buszuję po brastop.com (internetowy sklep ze stanikami), z wielką szkodą dla salda mojej karty kredytowej, ale z wielkim pożytkiem dla piersi. A ponieważ kasę za te szaleńcze zlecenia, które miałam w zeszłym miesiącu, dostanę dopiero z końcem obecnego, wypracowałam sobie ostatnio takie nowatorskie podejście do zakupów internetowych: wchodzę na brastop.com, wybieram 2-3 staniki, wkładam do koszyka, i wychodzę bez płacenia. Bardzo oszczędny sposób robienia zakupów, przyznajcie. Ale cóż robić - Nowy Jork czeka, Szkocja czeka, Paryź czeka... 

 

A osoby zainteresowane szczegółami stanikowej rewolucji zapraszam tu: (http://www.wizaz.pl/forum/showthread.php?t=294725)
 

skomentuj | (3)




Ja i dr House

klaszkie | 2010-03-10 | 13:15:15

Praca, praca, praca... za oknem wiosna, a ja powoli przyrastam do fotela komputerowego. Ale wczoraj wyskoczyłam wieczorem do mojej przyjaciółki Anity obejrzeć poniedziałkowy odcinek doktora House'a. Tym razem House dał się namówić Wilsonowi na speed dating, a jego pacjentką była zawołana blogerka. Intrygujący zbieg okoliczności, nieprawdaż? Czyżby scenarzyści w poszukiwaniu inspiracji zapuścili się na WAW7RANO? 

skomentuj | (0)




Oskarowe kreacje

klaszkie | 2010-03-08 | 23:21:01

Wybaczcie chłopcy, dziś Dzień Kobiet, więc sobie poużywam w temacie typowo kobiecym...

 Obejrzałam jednak po pracowitym dniu wszystkie 242 zdjęcia kreacji oskarowych na stronie www.oscar.com, i stwierdzam, że rano nie miałam racji. Kilka sukien naprawdę zasługuje na pochwałę:

 Cameron Diaz - piękna srebrzysta suknia z błyszczącymi pajetkami

 żona Roberta  Downeya jr - odjechana tuba w błękitach, pod kolor muchy męża

 Jennifer Lopez - to jest właśnie prawdziwie oskarowa suknia, choć jej pikowany materiał momentalnie przywodzi na myśl polskie podomki z lat 70-tych

 Helen Mirren w gołębim błękicie - nienagannie elegancka

 Queen Latifa - wyrafinowana kreacja doskonale podkreślająca jej bujne kształty

 Nicole Richie - nie mam pojęcia kto to jest, ale miała szałową srebrnoniebieską kieckę w stylu lat 70-tych

 Vera Fermiga - znów kompletnie mi nieznana, ale suknia spektakularna

 Sigourney Weaver - ona zawsze ma piękne kiecki, tym razem proste szyfonowe cudo w kolorze pąsowej róży

 Pominęłam wszystkie kiecki czarne - wiem, czerń to pewniak, zawsze działa, ale doprawdy jak ktoś się wybiera na rozdanie Oskarów, to mógłby wysilić wyobraźnię na coś bardziej oryginalnego.

 Wstawiłabym tu stosowne zdjęcia, ale niestety nie wiem, jak to zrobić, ani czy to w ogóle możliwe.

skomentuj | (0)




Bękarty Oskarów

klaszkie | 2010-03-08 | 11:26:35

Oskary rozdane - dla mnie wielkim przegranym jest nie Avatar, tylko Quentin Tarantino i jego Bękarty wojny. Uwielbiam wszystkie filmy Quentina - w każdej klatce jego filmów, a już szczególnie w Bękartach, widać jego czystą i bezinteresowną miłość do kina, do aktorów i do nas widzów chrupiących popkorn na widowni. Jak nikt inny Quentin potrafi mnie wbić w fotel w oczekiwaniu na to „co będzie dalej" i na wielki katarktyczny finał. Jego filmy sprawdzają się na każdym poziomie, od zidiociałego konsumenta kultury popularnej po jajogłowego krytyka sztuki filmowej. Ale Oskarów nie dostają...

 Nawiasem mówiąc, obejrzałam bardzo pobieżnie (bo „Aktualności Międzynarodowych Standardów Rachunkowości" same się nie przetłumaczą) kreacje gwiazd z czerwonego dywanu, i uważam, że w tym roku były nienadzwyczajne, a niektóre po prostu szkaradne - na negatywne wyróżnienie zasługuje zwłaszcza Sarah Jessica Parker, zupełnie niepotrzebnie prezentująca swoje kościste obojczyki,  i Diane Kruger w jakiejś absurdalnej tiurniurze z gałganków.

Szybkie plusy dla bardzo szczupłej w tym roku Kate Winslet w syrenim srebrze i  klasycznej szkarłatnej kreacji dziewczyny Żorża Clooneya (mimo że jej nienawidzimy).

Obejrzę sobie wszystko na spokojnie jak się uporam z robotą (czyli najpewniej gdzieś w czerwcu...) 

skomentuj | (2)




kumpel ma starego psa

klaszkie | 2010-03-07 | 00:42:43

No i kicha, nie wzięłam się dziś za pracę, bo wczorajszego wieczora nadużyłam napojów wyskokowych i jedyne, co byłam dziś w stanie robić to zaległe sprzątanie. Uważam, że na kacu sprząta się najlepiej - dzień jest i tak zmarnowany, więc przyrost przykrości niewielki, za to jaka satysfakcja moralna, że się zrobiło coś pożytecznego, będąc w tak podłym stanie.

 Na chlanie udałam się autobusem, co uważam za ekscytującą przygodę. Po pierwsze, na przystanku wdałam się w pyskówkę z pijakiem (nagabywał dziewczę młode). Zanim jeszcze zdążyłam zamknąć głupi dziób, przypomniały mi się mgliste strzępy wiadomości o jakimś policjancie, który postąpił podobnie i w efekcie wylądował w szpitalu. Na szczęście w moim przypadku skończyło się na wysłuchaniu tak krwistej wiązanki bluzgów, że aż mnie zatkało. I tak w jednej chwili z rycerza ratującego damę z opresji przeobraziłam się w osłupiałą panią w butach („dzika zabiła i w futrze chodzi"), która zupełnie nie jest w stanie sprostać wymogom wyrafinowanej konwersacji.

 Po drugie, w autobusie podsłuchałam niezwykle interesującą rozmowę dwóch licealistów, której highlightem była tytułowa informacja, że „kumpel ma starego psa" - przy czym nie chodziło wcale o wiek czworonożnego ulubieńca, tylko profesję tatusia wzmiankowanego kolegi. I tak lingwistycznie ubogacona udałam się w gości oglądać bardzo dobry polski film - „Rezerwat". Szkoda, że nie widziałam go przed utarczką z przystankowym pijakiem - film jest malowniczą opowieścią o mieszkańcach pewnej kamienicy na Pradze, i dostarczyłby mi cennego materiału językowego do nawiązania równiejszej dyskusji z przedstawicielem społecznych nizin.

 Po trzecie, lubię od czasu do czasu pojechać gdzieś autobusem, bo mam wtedy rozkoszną świadomość, że wybrałam znacznie bardziej czasochłonny sposób poruszania się po mieście, co oznacza, że mam czas i nigdzie mi się nie spieszy. A tak właśnie należy spędzać weekend - leniwie i bez pośpiechu. 

skomentuj | (2)




piątek czy sobota

klaszkie | 2010-03-05 | 09:24:43

Jestem dziś zupełnie wyeksploatowana intelektualnie i twórczo po dwóch dniach testowania jak dużo i jak szybko jestem w stanie w tym czasie przetłumaczyć. Odpowiedź brzmi: za dużo i za szybko. W dodatku mam kaca moralnego, bo tekst polski (wyjściowy) był ohydnym bełkotem, a ponieważ tym razem nie miałam czasu się domyślać, co poeta chciał powiedzieć, tłumaczyłam jak leci, na zasadzie "crap in - crap out". Bardzo, bardzo, bardzo nie lubię tej zasady, i staram się nigdy do niej nie stosować, ale jak klient chce mieć przetłumaczone 75 stron w dwa dni, to przepraszam bardzo.

 Ze względu na kryzys intelektualny wczorajszy wieczór spędziłam na kanapie gapiąc się bezmyślnie w telewizor i wyjadając z lodówki cały zapas sera żółtego. Pstrykałam pilotem i pstrykałam, ale i tak na każdym programie leciało „CSI: kryminalne zagadki Miami", obejrzałam ze trzy różne odcinki trzech różnych serii na trzech różnych programach. Plus „Przyjaciół", plus jakiś zamierzchły odcinek doktora House'a, który raczyła pokazywać Dwójka, jeszcze z czasów, kiedy Obama nie był prezydentem, bo z Kuttnerem (który zniknął z serialu w dramatycznych okolicznościach, kiedy grający go aktor przeszedł do biura prasowego Obamy po jego wyborze na prezydenta).

 Dziś powinnam się zabrać za sczytywanie po koleżankach tłumaczenia bardzo długiej,  bardzo nudnej i bardzo tajnej prezentacji o prezesie-złodzieju, ale okropnie mi się nie chce. Może lepiej posprzątam, a potem poleniuchuję, czyli zrobię sobie dziś sobotę, a za pracę wezmę się jutro.

skomentuj | (0)




kosmiczne przygody

klaszkie | 2010-03-04 | 12:10:20

Przedwczoraj znów latałam szmaragdowym smokiem - zabrałam rodziców do Imaksa na Avatara. Im też się bardzo podobało. Siedzieliśmy wszyscy z buziami rozdziawionymi z zachwytu nad cudami Pandory, z zapartym tchem śledząc emocjonujące przygody bohaterów.

 Uważam, że ten film powinien obejrzeć każdy, bo chodzi o przełom w kinie na miarę „Śpiewaka jazzbandu". Na naszych oczach rodzi się nowe medium - trójwymiarowy film cyfrowy, i nic już nie będzie takie jak kiedyś. Kręcąc Avatara James Cameron pokazał, że dziś już w kinie możliwe jest absolutnie wszystko - jeśli można stworzyć od zera całkowicie przekonujący (dla mnie) obraz zupełnie obcej planety i zupełnie obcej rasy, to jedyną granicą dla twórców filmów są granice ich wyobraźni.

 Czy to oznacza, że filmy płaskie (dwuwymiarowe) przejdą do lamusa? Oczywiście nie - kameralny dramat obyczajowy nie potrzebuje obrazowania cyfrowego ani trzeciego wymiaru. Niewątpliwie jednak wielkie widowiska rozrywkowe kręcone będą cyfrowo i w 3D, czy się to komu podoba, czy nie. Mnie się podoba...

skomentuj | (0)




300

klaszkie | 2010-03-02 | 08:06:05

Oj, to się przejechałam - w ramach zapoznawania się z filmografią Gerarda Butlera obejrzałam dzieło pt. „300". To jakaś niedorzeczna wersja bitwy pod Termopilami, nakręcona chyba na podstawie jakiegoś komiksu. Na pewno nie jestem docelową widownią tego filmu, i doprawdy nie wiem, kto jest - chyba geje-kulturyści, sądząc po liczbie naoliwionych sześciopaków, które z wyraźną lubością prezentuje trzystu nadzwyczaj skąpo odzianych Spartan. Zresztą nie wiem, czy koniecznie gejów - żona króla Leonidasa też jest półnaga i przegina się bardzo zmysłowo nad jakąś studnią, król Kserkses chodzi ubrany w jakieś poplątane liny, sznury i łańcuchy w stylu sado-maso, plączą się też po ekranie w charakterze lubieżnych kapłanów jacyś obleśni mutanci. Może więc jest to po prostu film adresowany do kulturystów o szerokiej gamie zainteresowaniach seksualnych, zafascynowanych wizjami mieczy i dzid przebijających nagie bicepsy, tricepsy i mięśnie czterogłowe uda.

 Mimo całego mojego uwielbienia dla Gerarda tym razem nie zdzierżyłam, i tchórzliwie porzuciłam bohaterów w połowie bitwy.Tutaj wpisz treść swojego wpisu.

skomentuj | (0)




500

klaszkie | 2010-03-01 | 09:32:38

Gdzieś tak podczas weekendu licznik odwiedzin na WAW7RANO przekroczył magiczną liczbę 500 - hip, hip, hurra! Drodzy czytelnicy, bardzo się cieszę, że moja skromna pisanina przypadła Wam do gustu. Bez Was ten blog byłby jeszcze jednym żałosnym głosem wołającego na puszczy, jakich wiele na tej blogowni. Bardzo mnie to motywuje do dalszych starań, by codziennie zapewnić Wam choćby malutką porcję rozrywki. 

skomentuj | (1)





« wróć


Darmowe Blogi Blogx.pl | ZałóżBloga


Toruń · Muzyka · MP3 · Filmy ·