Komentarze do notki
cuda technologii | klaszkie | 2010-03-27 | 23:03:11 |
Wróciłam właśnie z nowojorskiej Metropolitan Opera, gdzie oglądałam Hamleta, francuską operę dziewiętnastowiecznego kompozytora Ambroise Thomasa. I wcale nie musiałam w tym celu lecieć osiem godzin przez Atlantyk - wystarczyły dwa przystanki metrem do kina Muranów, które pokazuje od czasu do czasu spektakle operowe transmitowane z Met na żywo (!) do wybranych kin na całym świecie. Zupełnie niesamowite przeżycie, łączące w sobie uroki przedstawienia na żywo i kina (zbliżenia - chociaż tu akurat moim zdaniem trochę przesadzili, nie muszę śpiewakom zaglądać aż do dziurek w nosie). Hamleta grał Simon Keenlyside, o którym nigdy nie słyszałam, ależ też powiedzmy sobie szczerze, że jestem wprawdzie wielbicielką opery, ale nie - jej znawczynią. Piękny, ciepły baryton, w sensie głosu, choć powierzchowność też miał całkiem, całkiem, taki seksownie niedogolony, szorstki misiak w bardzo męskim krótkim trenczu. Ofelią była Niemka - niech jej bóg wybaczy - Marlis Petersen. O niej też nie słyszałam, a tymczasem śpiewała rewelacyjnie. Scena obłędu, która zajmuje cały czwarty akt, naprawdę przyprawiała o ciarki na plecach. Bardzo dobra była też królowa Gertruda - majestatyczna i wyniosła, a zarazem neurotyczna nieco, jak bardzo piękna i bardzo rasowa klacz. Scenografia minimalistyczna - ciemna scena, z której pojedynczy reflektor wyławiał sylwetki aktorów i nic nie odwracało uwagi od ich gry i śpiewu. Bardzo, bardzo podobały mi się kostiumy - w zasadzie niby współczesne, ale zaznaczające czas i miejsce jakimś intrygującym detalem, na przykład dworzanie pod zupełnie współczesnymi marynarkami i płaszczami nosili jakby zbroje (to się nazywa kirys - aż sprawdziłam w Wikipedii), a panie ubrane były w bardzo szlachetne w kroju, długie suknie na szerokiej krynolinie, niby proste (to znaczy bez żadnych kokard, falbanek czy marszczeń), ale zdecydowanie „pałacowe", w głębokich, bogatych kolorach (ciemne złoto, burgund, purpura czy granat). Nawiasem mówiąc, Francuzi są jednak mistrzami w marketingu win - naliczyłam co najmniej trzy arie i chóry, w których chwalono zalety tego boskiego trunku na tyle przekonująco, że wracając kupiłam sobie flaszkę chardonnay. Jakoś nie przypominam sobie tego wątku u Szekspira. Cena biletu była niestety operowa, a nie kinowa - stówa od łebka - ale w tej stówie był porządny program, z obsadą i streszczeniem, i lampka wina w antrakcie. Następne przedstawienie 1 maja - niestety nie obejrzę go, bo będę na Maderze, ale jeśli choć minimalnie lubicie operę, to bardzo polecam.
| ()
Kasiu jesteś lepsza niż Co jest grane (w tym wypadku Co było grane)
Społeczność WAW7Rano (nie mam)
(2010-03-28) (00:41:43) (195.128.2.68)
+ Dodaj komentarz
« wróć
|